Gdy emocje już opadną… o BMW Półmaraton Praski

O BMW Półmaratonie Praskim vegedowiedziałem się z mediów znacznie więcej po jego zakończeniu, niż wiedziałem o nim przed startem. Dlatego raczej nie będę pisał o wodzie, bo na ten temat wylano już wystarczająco dużo żali, rozwijając nawet akronim przed nazwą do „Bardzo Mało Wody”. Napiszę o kolejnym masowym biegu rosnącym w stolicy, a właściwie na jej najbardziej dopominającym się o tego typu imprezy brzegu.

Margines błędu

Zorganizowanie biegu od podstaw nie jest prostą sprawą. Skoordynowanie wielu podmiotów i ludzi, którzy w większości robią to po raz pierwszy, może spowodować niedociągnięcia albo błędy. Zdarzają się one zawsze i wiem to jako osoba, która wiele razy miała okazje obserwować imprezy sportowe jako wolontariusz, czyli z punktu widzenia organizatora. Jednak w większości przypadków dzięki ludziom, którzy w tym dniu biegają nie po trasie, tylko między organizatorami, popełnione błędy są dla Was – biegaczy – niewidoczne. Udaje się zapobiec ich konsekwencjom, albo cos się dzieje, a wy myślicie, że widocznie tak ma być. No chyba, że ktoś coś bardzo spartoli.

W zeszłym roku, podczas organizowanego po raz pierwszy Orlen Maratonu odbywał się także bieg na 10km, z jednym stanowiskiem odżywiania na trasie. Po przebiegnięciu połowy stawki biegaczy zabrakło na nim wody. I pisze to jako koordynator tego punktu, który wraz z 20 wolontariuszami dwoił się i troił, żeby coś z tym zrobić. Nie udało się. Nie dowieziono wymaganej ilości na czas, a my oberwaliśmy za organizatora dość ciężkimi epitetami od kilkuset biegaczy… Ale informacja zwrotna o tym incydencie trafiła tam, gdzie trzeba. W tym roku takich problemów na Orlenie już nie było. Błędy są po to, żeby się na nich uczyć.


Dlatego jako biegacz z doświadczeniem organizacyjnym, szczególnie w kwestii biegów organizowanych po raz pierwszy, na BMW Półmaraton Praski wziąłem nerkę i własny izotonik. Przysłowie mówi „umiesz liczyć – licz na siebie”. Jak się potem okazało, warto jest słuchać mądrości ludowych.

Trasa

Pierwszy półmaraton w życiu udało mi się przebiec wiosną. Półmaraton Warszawski został mi w pamięci na długo. Nie do końca dlatego, że był to mój pierwszy raz na tym dystansie, ale dlatego, że podczas mojego pierwszego kryzysu na 17 kilometrze trasa trafiała na podbieg na warszawskiej Agrykoli. 400 metrów górki, która potrafiła zabrać nadzieję na dobry czas wielu biegaczom. Mi zabrała siłę i wiarę. Wiedziałem, że mógłbym „bardziej”, gdyby nie Agrykola.

Kiedy zobaczyłem trasę BMW Półmaratony Praskiego wiedziałem, że to jest to. Może ciężko jest ją porównywać jeśli chodzi o dystans, ale skojarzyła mi się z Biegiem Ursynowa – płaska, asfaltowa pętla, bardzo szybka i bardzo równa. No i bez Agrykoli. Nie zawiodłem się.

bmw

Na trasie dominowała pustka. Na mapie widać było długą prostą, więc ciężko było mówić o zaskoczeniu. Ale pustka związana była nie z brakiem zakrętów, ale z brakiem jakichkolwiek scenerii. Wał Miedzeszyński to ulica odgrodzona od świata z jednej strony ekranami akustycznymi, a z drugiej wałem przeciwpowodziowym. Długi, monotonny, usypiający kanion, na którym jedynymi enklawami życia były punkty odżywiania i przystanki autobusowe z ludźmi czekającymi na „coś”.

Trasa izolowała nie tylko od świata. W prognozie pogody na dzień przed biegiem zapowiadano przelotne burze. Przez chwilę coś wisiało w powietrzu, ale dość szybko wyszło słońce, które najpierw miło grzało, a potem zaczęło niemile rozpalać i biegaczy i asfalt. Kanion skutecznie izolował od wiatru. Jedyny ruch powietrza, na jaki można było liczyć, to pęd powietrza podczas biegu. Nic więcej. Po zatrzymaniu czuło się temperaturę bijąca od nagrzanej jezdni. Przerób wody przez biegaczy rósł z każdym kilometrem. Sam wypiłem jakieś 3 litry ze zdobycznych butelek na punktach odżywiania.

Nie zdziwiło mnie to, że im bliżej mety tym większe zamieszanie na poboczach – niektórzy nie wytrzymywali narzuconego sobie tempa, inni temperatury. Co ważne przy każdym siedzącym na krawężniku biegaczu widziałem sanitariusza lub ratownika – to wielki plus dla organizatora. Zaplecze medyczne było i robiło to, co do niego należy.

Podziwiam debiutantów i początkujących – dla nich ta trasa mogła być namiastką 4 Deserts. Dystans i temperatura – ci ludzie naprawdę walczyli z trasą.

Atmosfera

Biegacze to subkultura. Mamy własne ciuchy, swoje rytuały, swój slang. Pozdrawiamy się podczas treningów i ogólnie to bla bla… jesteśmy jedną wielką rodziną. Ale jesteśmy my – amatorzy i jest elita. Ludzie z innej bajki, których nie spotyka się tak po prostu na wybieganiach, w parkach albo podczas sobotnich spacerów. Nawet na stadionach między nami, a nimi jest ogrodzenie.

Zawsze podczas biegu elita startuje jako pierwsza. Ma swoje miejsce, swoje drogi na start, strefy rozgrzewki i wypoczynku, czasami własne zaplecze, słowem – nie widać jej w tłumie innych, zwykłych biegaczy. Ja, człowiek startujący gdzieś ze środka stawki, elitę widzę co najwyżej na zdjęciach z biegu.

Pod tym względem BMW Półmaraton Praski był dla mnie wyjątkowy. Trasa z zawrotką, po której lepsi zawodnicy mijali tych, którzy dopiero do zawrotki zmierzali, oddzieleni tylko pasem zieleni. To zrobiło na mnie duże wrażenie dlatego, że po raz pierwszy biegnąc zobaczyłem elitę, tych ludzi z kosmosu. Doświadczyłem ich biegnących w tym samym biegu co ja. Widziałem ich zmęczenie, czerwone twarze, skupienie, prace nóg, pot, walkę…

Potem przyszła kolej na mijanie mnie przez lepszych amatorów, ludzi z wyśrubowanymi życiówkami, biegnących coraz większym potokiem. Wraz z nimi przychodziła refleksja „O fak, ale jestem cinki… męczę się gdzieś w ciul kilometrów przed zawrotką, a oni już wracają…” Po minięciu zawrotki potok biegaczy dopiero do niej dobiegających z kolei motywował „…nie jest ze mną tak źle, nie jestem ostatni!”. Motywował podwójnie, bo im dalej od zawrotki, tym mniej stresu było w nich widać, a więcej radości z biegania.

To, co mi się podoba przy takim ustawieniu trasy to możliwość nagrodzenia brawami liderów biegu. Co ciekawe nie mniejszy aplauz dostali od nas ci, którzy bieg zamykali. Im ten doping był potrzebny tak, jak nam wszystkim, wtedy, na Agrykoli. No i przyjemne jest wypatrzenie na przeciwległym pasie kogoś w koszulce twojego klubu i wydarcie się na cały regulator „Dajesz Vege Runners! Już nie daleko!”

Ten potok ludzi i wzajemne motywowanie się w pewnym stopniu rekompensowały brak dopingu. Praktycznie po wybiegnięciu z Pragi Południe pobocza pustoszały. W kanionie stały tylko nieliczne grupki kibiców, z jedną wielka grupą na wysokości chyba ulicy Fieldorfa. Głośny komitet pożegnalny przed pustym kanionem w stronę Wawra. Dalej było miejsce tylko dla biegaczy. Jeśli dla kogoś z was bieganie jest sposobem na modlitwę, medytację lub wyciszenie, to ten fragment biegu idealnie się do tego nadawał.

Brakowało mi kopa w ostatniej ćwiartce biegu. Może dlatego, że wtedy wszystko najbardziej boli i jeśli gdzieś jest miejsce na kryzys, to właśnie tam. W Półmaratonie Warszawskim właśnie tam była Agrykola… ale na Agrykoli była też kupa ludzi, którzy tłukli się i wrzeszczeli, jakby wiedzieli, że właśnie tam ich doping będzie najbardziej potrzebny. Tu nadal była cisza i sporadyczne grupki kilku dopingujących albo gapiów. Kibiców przybywało wraz z kilometrami, ale prawdziwy doping zaczynał się dopiero w okolicach Stadionu Narodowego. Za to na błoniach Stadionu była już wrzawa.

Kiedy biegnę, to wyłączam wszystkie zmysły, które nie są mi potrzebne. Znajomi śmieją się, że włączam autopilota. Mogę wtedy wbiec na kogoś znajomego i nie rozpoznając go powiedzieć „przepraszam” i pobiec dalej. Może to dziwne, ale wielu rzeczy z biegu nie pamiętam – tak jakbym był na nie głuchy i ślepy. Nie zarejestrowałem ludzi grających na bębnach wzdłuż trasy – a podobno było ich pełno. Pamiętam może jedną albo dwie grupy gdzieś na początku. Może to rytmiczne dudnienie było jak ścieżka dźwiękowa w dobrym filmie – po prostu tak pasowała do obrazu, że nie było jej słychać.

Finisz

Bieg skończyłem ze skwaszoną miną. Życiówki nie było, na 16 kilometrze przekonałem się gdzie dokładnie mam w prawej nodze mięsień dwugłowy długi. Ból wymusił zmianę pozycji, zwolnienie i jakoś udało mi się doturlać z czasem 2:04:cośtam. Mogło być lepiej, ale tym razem nie tłumaczę tego sobie mityczną Agrykolą. Brakło wybiegań i siły. Ale za to była energia i to ze sporym zapasem. Wrócę tu za rok lepiej przygotowany.

Czego mi brakowało

Praga to piękna dzielnica. Ze wszystkimi swoimi zaułkami, kapliczkami w podwórkach, starymi kamienicami, rewitalizowanymi fabrykami, dziwnymi knajpami i parkami. Ma to, co dawno temu zgubiła większa część lewobrzeżnej Warszawa. Ma duszę. I mówię to jako mieszkaniec Pragi mieszkający obecnie jedna nogą na Mokotowie a drugą w Trójmieście… Na Pradze czuć, że miasto to coś więcej niż betonowe blokowiska, galerie, zgiełk i szklane domy. To tu jest przecież ZOO, Skaryszak, Balaton, stara praga – prawdziwe stare miasto w stolicy, Saska Kępa, Wiatrak, bazarki, ekspedientki, które „Szanowna Pani pozwoly” i ludzie kupujący „bułkie”. Tego praskiego klimatu mi właśnie zabrakło.

Dlaczego podczas Półmaratonu Warszawskiego biegnąc widzimy Marszałkowską, Krakowskie Przedmieście, Łazienki, Zamek Królewski, a podczas biegu na Pradze widzimy… no właśnie… nic… a nie, przepraszam – Stadion Narodowy. Tylko czy Praga, to tylko Stadion Narodowy?

Mam nadzieję, że ten pierwszy, debiutancki półmaraton był tylko sprawdzianem. Tego jak organizować dobre(!) imprezy sportowe, ale też tego jak organizować imprezy sportowe na Pradze. Liczę na to, że zarówno organizatorzy jak i władze prawobrzeżnych dzielnic dostrzegą możliwość promocji ich własnego podwórka właśnie poprzez bieg, który wyjdzie „z kanionu” i wejdzie głębiej w tkankę miasta. Chciałbym pobiec ulicą Szaserów, albo Francuską, albo Ząbkowską, albo 11 listopada. Na pewno byłoby ciekawiej i przyjemniej, bo i okolica ładniejsza i ludzi więcej.

Gdzieś w sieci znalazłem wywód, że Praga to część Warszawy i powinien to być kolejny „Półmaraton Warszawski”. Tak naprawdę jest to jedna z tych rzeczy, której bym w tym biegu nie zmieniał. Raz z odrębności – bo Praga to Praga, przez wiele lat zapomniana przez Warszawę, z własnym klimatem, a dwa z pragmatyzmu – w końcu łatwiej jest wygooglać Półmaraton Praski niż kilka edycji Półmaratonów Warszawskich.

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. Faktycznie fatalnie się biegnie długo jak krajobraz się nie zmienia, mimo gratulacje za wynik bo nie jest taki zły.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: