II Kielecka Dycha – Bieg bez biegu, na luzie*

bieg-498Zachęcałem na facebookowej stronie II Kieleckiej Dychy do szerszego opisywania wrażeń z tego biegu. Miliona maili nie dostałem, ale jeden warty uwagi postanowiłem zamieścić. Oto Dychowe wspominki Michała. Zapraszam.

   Kieleccy miłośnicy sportu, miniony weekend z pewnością zaznaczą w swych kalendarzach grubym czerwonym kółkiem. Pobudzeni efektownymi zwycięstwami Korony i Vive Targów Kielce, w niedzielę każdy [choć z przyczyn limitu, prawdę powiedziawszy, każdy z grona niespełna 500 biegaczy] mógł pokonać trudną crossową trasę liczącą 10700 metrów i powiedzieć głośno ” Jestem Zwycięzcą!!!”. Właśnie to w bieganiu jest najpiękniejsze, zwycięstwo. Nie rywalizacja, wyścig, ale zwycięstwo, zwłaszcza zwycięstwo nad własną słabością.  Jak już napomniałem na starcie „II Kieleckiej Dychy” stanęło niespełna pięciuset, a precyzyjnie mówiąc zaledwie, gdyż chętnych było znacznie więcej, 447 osób, w tym 446 potencjalnych biegaczy, plus jeden pozorant, pretendent do grona biegaczy, o którym wspomnę już niebawem, za kilka zdań.

Osobiście w kwestii biegania jestem jeszcze raczkującym zawodnikiem, co najwyżej przedszkolakiem, tyle że takim nieco większym, niespełna 90 kilowym. Jako „przedszkolak” uważam więc, że pomysł zainteresowania naszych pociech bieganiem, jest niemal częścią misyjną biegania. Sam ze swego doświadczenia wiem jak ciężkim i trudnym zadaniem było dla mnie bieganie. Jeszcze kilka miesięcy temu, misja poderwania mnie z kanapy i ruszenia w trasę, wydawał mi się niezwykle trudnym projektem, niczym podniesienie statku Costa Concordia. Zarażony tą pasją, spróbowałem i dziś biegam, a w zasadzie to przesuwam się do przodu i trenuje by kiedyś pobiec. Warto więc zadbać o dzieci, o ich rozwój fizyczny by któregoś dnia bieganie nie było dla nich tak karkołomnym wyzwaniem jak choćby dla mnie. Bieg Przedszkolaka, który zapoczątkował II Kielecką Dychę, okazał się niemniej emocjonujący niż sam bieg główny. Były tu emocje, rywalizacja, łzy zwycięstwa jak i porażki, choć w oczach dorosłych każdy z maluchów zasłużył na miano mistrza. Wszystkich malutkich biegaczy i biegaczki, okraszono też gromkimi brawami, które echo jeszcze teraz niesie i rozchodzi się gdzieś w okolicach ul. Bocznej w Kielcach. Brawo Maluchy, jesteście Wielkie!!!

Choć jak już wspomniałem jestem początkującym biegaczem, w swym krótkim CV mogę już wpisać kilka imprez biegowych, zarówno w roli uczestnika jak i kibica. Mogę więc powiedzieć, że Kielecka Dycha, zaoferowała coś czego nigdzie wcześniej nie spotkałem, a co jest z pewnością strzałem w „Dyche”. Wspólna rozgrzewka pod „batutą” Iwony Wenty  to wyśmienity wstęp do biegu. Rozgrzewka, w której wzięła udział spora grupa biegaczy, z pewnością pomogła w uniknięciu niepotrzebnych skurczy biegaczom amatorom. Zawodowi sportowcy zazwyczaj rozgrzewają się w swoim indywidualnym rytmie. Tak też uczynił między innymi trener Vive Targów Kielce, Bogdan Wenta, którego wynik końcowy biegu „kilka Went” być może mógłby być lepszy gdyby zdecydował się dołączyć do rozgrzewki prowadzonej przez panią Iwonę.  Trenerze, być może warto czasem podporządkować się żonie? 🙂 Chociaż pada przypuszczenie że słabsza forma dnia, podyktowana była świętowaniem zwycięstwa nad THW Kiel, odniesionego dzień wcześniej, co mogłoby tłumaczyć lekką zaDyszkę na mecie. Jeśli tak było w rzeczywistości, z uwagi na cenne zwycięstwo w Lidze Mistrzów wybaczamy, rozumiemy i doceniamy przybycie na start, bo wiemy jak ciężki może być poranek po tak pięknym wieczorze.

Choć zainteresowanie biegiem było o wiele większe, organizatorzy zdecydowali się na zastosowanie limitu uczestników. Można było z tym polemizować, jednak gdy wystartowaliśmy, po pierwszych kilkuset metrach chyba każdy zrozumiał, czym był podyktowany owy limit. Trasa była miejscami dość wąska i było na niej niezwykle tłoczno, zwłaszcza do czasu gdy wszyscy czuli świeżość.  Wyruszając na trasę biegu zupełnie nie wiedziałem czego się na niej spodziewać, a raczej wiedziałem czego na niej się nie spodziewać, czyli tego że będzie łatwo. O mojej reakcji na trasę nie będę zbyt wiele się rozpisywał, zwłaszcza, że być może czytają nas dzieci. Napiszę, że z pewnością była ciekawa i urokliwa, pięknie jesienna. Przebieg biegu [co samo w sobie śmiesznie brzmi] w moim wykonaniu idealnie odzwierciedla hasło jakie promowało „Druga Kielecką Dychę” – Na Luzie, Bez Napinki. Tak oto miałem pierwsze  5 km – „Na Luzie”, a gdy już dopadły mnie pierwsze słabości, drugą część trasy – Bez Napinki. Czy było ciężko? Na pewno trasa do najłatwiejszych nie należała, zwłaszcza jeśli mowa o miejscach piaszczystych podbiegów i wystających korzeniach drzew, była jednak w zasięgu każdego z biegaczy, co chyba też wszystkim się udało [tak przynajmniej jestem przekonany, wnioskując z tego co do mnie docierało].  Grunt trasy był jednak zupełnie odmienny od asfaltowych ścieżek, z którymi zmagam się średnio trzy razy w tygodniu. O zwycięzcach, zwłaszcza tych zajmujących czołowe lokaty napisze tylko, Gratulacje. Nie to żeby nie zasługiwali, czy też nie podziwiam ich rezultatów, niemniej jednak gdy pokonywali linię mety, byłem w tym czasie w innym miejscu i miałem nieco ważniejsze rzeczy na głowie. Gratuluje każdemu z uczestników z osobna, Gratuluje organizatorom, jak również Gratuluje i  Podziwiam [nie bez znaczenia pisze to z wielkich liter] Rodziców Bartka Orzechowskiego. Podziwiam was nie w mniejszym stopniu, niż uczyni to któregoś dnia sam Bartek. Życzę wam wytrwałości w biegu, zwłaszcza pani Karolinie, która pomimo tego, że mówi o swym anty-nastawieniu do biegania, z pewnością pokocha biegać z Bartkiem. Życzę Wam [niech się pani Karolina nie przerazi] setek kilometrów na trasie, przebytych w trójkę.

Jak już może wspomniałem, albo i nie, sam wynik nie był dla mnie najistotniejszy. Na myśli o czasach, przyjdzie pora gdy moje szuranie, zacznie przeradzać się w bieganie. Ważniejsze było samo uczestniczenie w imprezie, która pokazała jak wielkie jest zapotrzebowanie na tego typu biegi jest w Kielcach jak i całym województwie świętokrzyskim. To nad czym można ubolewać to znikoma ilość tego typu imprez w naszym regionie. Kielecka Dycha, z pewnością przyczyniła się do tego by tego typu imprez było więcej. Świadczyć może o tym już samo zainteresowanie uczestników biegiem, które pozwala postawić tezę, że trzecia edycja tej imprezy, już od dziś stanowi obowiązkową pozycje startową na przyszły sezon.  Ja sam osobiście, mam cały rok przygotowań do tego by „III Kielecką Dychę” nie pokonać, a przebiec. Czego sobie i Państwu wszystkim Życzę.

*jeśli wytrwaliście moje lanie wody i pokonaliście ten potok słów, a wciąż zastanawiacie się nad dziwną gra słów w tytule, nadmienię że jest to w pewnym stopniu ocena prędkości z jaką pokonałem trasę, okraszona terminologia motoryzacyjną. Pokonałem tę trasę na całkowitym luzie, nie wrzucając niemal żadnego biegu.

Michał

Author: szuracz

Share This Post On

5 komentarzy

  1. Bardzo fajnie napisane …trzymam kciuki za „przebiegniecie” w 3-ej edycji 😉

    Post a Reply
  2. Dziękuję w imieniu swoim, Bartka i żony co biegać nie lubi;)

    Post a Reply
  3. Świetna relacja….na luzie!!! Gratuluję pasji biegania i życzę samych sukcesów!

    Post a Reply
  4. Dobrze się czyta!
    Kielecka dycha to bez dwu zdań strzał w dziesiątkę!
    Zainspirował mnie artykuł do zadania pytania, wiecie coś o biegach w świętokrzyskim?
    Ja znam:
    Międzynarodowy Bieg Zdrojowy w Busku-Zdroju (10km)
    Bieg o Złoty Jawor w Jaworzni (10km) zdaje się już nie organizowany.
    Biegi Sylwestrowe w Szydłowcu (8km)
    Bieg o Laur Brzezin (7km)
    Półmaraton Świętokrzyski – Bukowa
    Półmaraton Wtórpol – Skarżysko Kamienna
    Miałem przyjemność brać udział w każdym z wymienionych, w niektórych nawet kilkakrotnie.
    Wiecie coś o podobnych imprezach w naszym pięknym województwie?
    Rozbijam się głównie po ościennych województwach, bo u nas jakoś trudno o takie zawody, a najchętniej startowałbym gdzieś w promieniu max 100km.

    Post a Reply
  5. Był jeszcze bieg na 5km w Nowinach – „O Nowińskie Kominy”, było podobno (nie byłem) bardzo fajne bieganie w Suchedniowie – Bieg Kruka, Był jeszcze bieg o Laur Brzezin (też niestety nie byłem). Był Twardziel Świętokrzyski (dla twardzieli) – więcej nie pamiętam, choć pewnie coś jeszcze się zdarzyło.
    Ogólnie widać, że coraz więcej zaczyna się dziać fajnego

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: