[Marcin] Maraton po „szotach za cztery złote”…

DSC_2014Po ostatnich zawodach – Półmaratonie Chmielakowym w Krasnymstawie, postanowiłem że 15 września jadę na Wrocław Maraton. Cel był jeden: złamać 4 godziny w maratonie – pokonać barierę dźwięku – właśnie we Wrocławiu.

Ostatnie tygodnie ciężko trenowałem – interwały, których chronicznie nie znoszę, ale dają znakomite efekty jeżeli chodzi o siłę biegową. Do tego dieta, nie licząc codziennej czekolady, i bardzo sportowy tryb życia.

Byłem w świetnej formie, po prostu czułem to. Tydzień przed maratonem, postanowiłem że będę  już biegał mało i wolno, chciałem uzyskać świeżość i głód biegania na maratonie. We wtorek, tylko zrobiłem ostatni poważny sprawdzian, który miał potwierdzić że „jestem w gazie”. Godzina na siłowni i od razu niespełna 30 kilometrowy bieg. Czułem się świetnie, bardzo dobry czas. Tak, wiedziałem, że jadę do Wrocławia, „mocny” i złamanie 4 godzin jest bardzo realne. Wyjechałem w sobotę, żeby przed maratonem się wyspać, biec wypoczętym..

Około 16. byłem już przed Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, celem odbioru pakietu startowego. I wtedy się zaczęło, jak tylko zobaczyłem miasteczko biegacza, poczułem atmosferę, wpadłem w doskonały nastrój, mrowienie na głowie, cieszyłem się jak dziecko na widok nowej zabawki. Odbiór pakietu startowego, bardzo fajny wygląd graficzny numeru startowego z imieniem i nazwiskiem oraz zdjęciem, spotęgował jeszcze moją radość, przechodzącą powoli w euphorie:-) Wiem, że dla kogoś kto nie biega, moje zachowanie i odczucia mogły wydawać się, co najmniej nienaturalne, ale ja tak mam.

IMG_2207

Pasta party, głośnia muzyka, zjadłem trochę makaronu i w samochód rozpakować rzeczy. Nocleg miałem na Starym Mieście, w jakimś podrzędnym hostelu, ale przecież nie przyjechałem tu na wczasy. Ze Stadionu na Stare Miasto 2-3minuty samochodem, samochodem podkreślam..

Rozpakowałem się, i myślę idę połazić po Starówce Wrocławskiej. Nastrój wyśmienity, tylko zamiast zwiedzać Panoramę Racławicką, nie wiem skąd wpadłem na „genialny” pomysł sprawdzić jak smakuje „shot za 4zł” we Wrocławskim Bistro. Chyba smakował, wróciłem „krokiem węża”, przed 4tą nad ranem…”głupota nie boli”!.

Budzik nastawiony, jak co dzień na 5.30, obudziłem się przed…8. Szok i panika, co ja narobiłem, latam jak w amoku, szybko pluszaktiw, zjeść nic nie zdążyłem, chwyciłem tylko jakiegoś batona i długa na maraton, który zaczynał się o 9.

Idę piechota, myślę to rzut beretem stąd, ale okazało się że do Stadionu Olimpijskiego ze Starego Miasta jest….6km! Ostatnie 2 już biegłem żeby zdążyć na start, wbiegam na bramę Olimpijskiego a tam już odliczają maratończyków na wózkach, którzy startowali minutę wcześniej. Więc sprint, żeby zdążyć, zdążyłem…

IMG_2212

Wystartowaliśmy, a ja przez pierwsze kilometry wyzywałem siebie w myślach od nieodpowiedzialnych idiotów! Jak mogłem, tak się zachować! Prawie, zaspałem, moją „nadkompensację glikogenem, którą stosowałem ostatnie dni, szlag trafił, nic nie zjadłem!

  Zaczęło padać, i ta mżawka mnie trochę „otrzeźwiła”, powiedziałem sobie, dobra stało się, ale teraz albo włączysz tryb biegania, albo nic z tego nie będzie. Powtarzałem sobie, jesteś świetnie przygotowany, zarwana noc, to tylko jedna noc, trochę „zakwasiłeś” organizm i tyle.

Włączyłem tryb biegania, odciąłem się, oczyściłem umysł, ze śmieci i wyrzutów wobec siebie. I zacząłem sobie powtarzać słowa Paktofoniki: „uświadom to sobie, jesteś Bogiem!”, nie chodzi tu oczywiście o dosłowne rozumienie tych słów.

Pierwsza dycha  –  54:52min, trochę za wolno, plan był żeby, tym razem szybko rozpocząć, żeby wypracować komfort kilku minut na ostatnie kilometry. Ale czułem się coraz lepiej, nogi że mają moc, że mają kopa. Cały czas mżyło, ale było ciepło 16-18st, bardzo mi to odpowiadało, miałem naturalne chłodzenie. Co 5kilo punkt odżywcze, z których rzetelnie korzystałem: izo, banan, woda, izo banan woda.

18 kilometr, i słyszę głośne Zombie (nomen omen) – Cranberries, uwielbiam ta piosenkę, świetnie śpiewała na żywo jakaś urodziwa Wrocławianka. Dodaje dodatkowej energii, czuje się świetnie!

Druga dycha  –  52:06min, bardzo dobrze!, ale co ważniejsze energia narasta, nogi mocne! Minąłem „zajączki” z balonikami – 4 godziny, więc wiedziałem że biegnę w tempie na złamanie upragnionego czasu, pokonanie bariery dźwięku.

Trzecia dycha to już był „bieg jak w transie”, myślę sobie, teraz albo nigdy, najwyżej nie wytrzymam tempa, chodź przypominałem sobie te interwały który mnie wykańczały nad Zalewem, i wiedziałem że teraz zbieram ich żniwo, fantastyczne żniwo! Trasa płaska, pojawił się podbieg, ale mózg od razu zareagował: pamiętasz podbiegi jakie robiłeś na Agrykoli, to były podbiegi, a to, to jest „bułka z masłem”, i tak było:-). Cały czas pada fajna mżawka, z trasy pamiętam niewiele, tylko w pewnym momencie zobaczyłem piękny nowy Stadion Wrocławski. Z nikim nie rozmawiam, staram się biec w jakimś odstępie od innych maratończyków. To jest moje bieganie, i tylko moje!

Trzecia dycha – 52:05min, jest super!

W pewnym momencie widzę „zajączki z balonikami czasu 03:45. Widzę je daleko, ale nie tracę z oczu. Czwarta dycha, trans trwa, nogi mocne, czuje że jestem w swoim żywiole.

Po trzydziestu paru kilometrach, wszystkie szczegóły zaczynają mieć znaczenie. Biegając 5-10kilo, możesz biegać w butach z Lidla, ale jak biegasz maratony, kup naprawdę dobre buty!

Biegnę w swoich zjechanych już , lekko porwanych Nike, ale czuję jakbym prawie unosił się kilka centymetrów nad ziemią, są genialne, miękkie, amortyzują, lekkie, fantastyczne. Na 35 kilo może Ci przeszkadzać, wszystko, mi tylko delikatnie ciążyła mokra koszulka…”zwycięska”, ulubiona i najlepsza z Maratonu Lubelskiego. Co parę kilo ją trochę wyciskałem, żeby była lżejsza.

Czy nie pojawiał się kryzys? Kryzys to miałem na pierwszych 5 kilometrach, potem nawet jak próbował dojść do głosu, od razu go zagłuszałem „Uświadom to sobie…”. W pewnym momencie wyprzedziłem „baloniki 03:45”. Wiedziałem już wtedy że wykręcę fantastyczny czas! Od 35.kilo nogi wprawdzie stawały się coraz cięższe, ale świadomość że do mety już coraz bliżej rekompensowało wszystko!

Ostatnie kilometry po Starym Mieście i trasa jakby znajoma, tak nocą „zwiedzałem” te okolice, pamiętam. Czwarta dycha: 53:12min – genialnie:-))).

Ostatnie 2 kilometry to walka między ołowiem w nogach, a świadomością bliskiej mety! Wpadam na Stadion Olimpijski, ostatnia prosta, no i wtedy jest już cudownie, mrowienie na głowie, uwalniają się endorfiny, i idą w kable.

Patrze na czas….nieprawdopodobny, genialnie fantastyczny: 03:44:17 – spełniłem jedno swoje marzenie „złamałem 4 godziny”, pokonałem „barierę dźwięku”, z takim czasem wszedłem do wyższej ligi maratońskiej!

Odebrałem medal, i padłem na ustawione obok polówki. Leże, może dwie minuty, bez ruchu, słyszę słowa: – proszę nie leżeć tak bez ruchu, proszę ruszać nogami trochę, proszę…. Otwieram oczy, i tylko wyszeptałem, trochę niegrzecznie: – idź sobie…Pani odeszła:-) Trochę się ogarnąłem, i …przede mną było jeszcze 6 kilo do mojego lokum na Starym Mieście. Z medalem na szyi,…jakie to było przyjemne 6 kilometrów, wracałem wzdłuż trasy, biegnący patrzyli z podziwem, zazdrością, pozdrawiali, pytali o czas. A ja wolno, dostojnie, na pełnym luzie wracałem na Stare Miasto!

IMG_2218

I wtedy tak sobie pomyślałem: WROCŁAW WCIĄGA!, zakochałem się w tym mieście już trochę wcześniej, ale ostatnia wizyta tylko wzmocniła moje uczucia! Tak, nie ukrywam, że chciałbym tu mieszkać!

Za dwa tygodnie Maraton Warszawski..

IMG-20130916-00767

Author: szuracz

Share This Post On

5 komentarzy

  1. Świetna relacja! Wpadłeś w biegowy trans. Miałeś swój moment i go wykorzystałeś. Gratulacje!

    Post a Reply
  2. No to niezła rozgrzewka 😀

    Post a Reply
  3. no to teraz przed kazdym biegiem pol litra i w droge 😉

    Post a Reply
  4. Mnie przekonałeś. W sobotę idę się nawalić 😀

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: