Mój bieganizm

think-code-act

Jeśli 5 lat temu ktokolwiek powiedziałby mi, że kiedyś zacznę uprawiać sport, to moja odpowiedź ograniczyła by się do bardzo wymownego spojrzenia na tę osobę i popukania się w czoło. Ja, człowiek, którego od komputera trzeba odrywać siłą, który relaks uprawia najczęściej w pozycji leżącej, baluje po nocach, który dokonał niemożliwego i trzy razy pod rząd płacił swojej uczelni za powtarzanie semestru z powodu notorycznych nieobecności na W-Fie… „Ja uprawiam sport? Nie no, serio, sport? SPORT? Pffff…”

Ale to było 5 lat temu. A potem się zmieniło.

Oswojenie się z tematem

Wszystko zaczęło się zmieniać odkąd zdecydowałem się na wolontariat podczas Maratonu Warszawskiego. Zawsze byłem ciekawy jak to jest być tą osobą, która podaje biegaczom kubeczki z napojami. Widziałem je w TV podczas większości imprez sportowych dla biegaczy i zawsze mnie ciekawiło jak to jest być tam. Stać z tym kubkiem i czekać, aż ktoś spragniony wyjmie ci go z ręki.



Po przygotowaniu do takiego wolontariatu dotarło do mnie jak dużym przedsięwzięciem organizacyjnym jest bieg masowy. Opanowałem slang biegaczy, dowiedziałem się co to starter pack, depozyt, gdzie są czipy, czym się różni czas brutto od netto, co to elita, strefa startowa i wiele innych rzeczy, których nie widać w TV. Doczekałem się również efektownego oblania wodą z kubka przez biegacza – odpowiedniego trzymania i puszczania kubeczka jednak trzeba się nauczyć.

Od tamtego momentu zacząłem dostrzegać, że ci ludzie, którzy zabierali mi kubeczki, to są między moi znajomi. Zacząłem dostrzegać ich aktywność na portalach społecznościowych. Dotychczas traktowałem wszystkie automatyczne wpisy o ich treningach jak spam. „Zrobiłeś 15km? Toż to tak samo interesujące jak to, że masz paladyna na 15lvl…”. Do czasu,  aż zacząłem te wpisy rozumieć.

Bodziec

Dobiec do autobusu. 30 metrów biegu przez pasy i kawałek chodnika do przystanku zakończone zadyszką i bólem mięśni przypominającym o tym „wyczynie” przez resztę dnia. Dotarło do mnie, że coś ze mną nie tak. Że mam 30 lat, rośnie mi oponka, a ze sprawnością fizyczną będzie już tylko gorzej. Trzeba się za siebie wziąć. Tylko jak? I kiedy? Przecież pracuję, po pracy jestem zmęczony, czasami trzeba cos w domu ogarnąć. Zresztą nie wiem jak zacząć. Może o tym kiedyś pomyślę i zaplanuję. Może kiedyś, ale chyba nie teraz…

Podzieliłem się moimi myślami z moją partnerką. Jeśli komukolwiek mogę zawdzięczać właściwy start, to właśnie niej. Na początek zaproponowała mi… książkę. W ten sposób w moje ręce trafiła książka Christophera McDougalla „Urodzeni biegacze”. Po jej przeczytaniu, a właściwie wchłonięciu, wiedziałem jedno – ja mogę biegać. Ja chcę biegać! Ja MUSZĘ BIEGAĆ! Na dokładkę do książki dostałem link do planu 6 tygodniowego i pierwsze przykazanie początkującego biegacza: „biegaj powoli!”

Reakcja

Jeśli trzeba coś w życiu zmienić, to najlepiej od razu, bez ociągania się z tematem. I najlepiej radykalnie, bo wtedy można poczuć, że te zmiany się wprowadziło. Postawiłem sobie cel. Nie biegając, zapisałem się na mój pierwszy bieg – Bieg Ursynowa, 5km.
W ramach radykalnych zmian przeszedłem na wegetarianizm. Skoro wszyscy Ci ludzie opisani przez McDougalla mogą, to ja też mogę. Z książki o bieganiu przerzuciłem się na blogi o wegetarianizmie. Pierwszy tydzień był straszny. Ciągłe uczucie głodu, zmęczenie, brak snu, nocne ciągoty do lodówki… Miałem wrażenie, że wszystko co jem przeze mnie przelatuje, nie zostawiając nic w środku. Ale widocznie tak miało być.

Tydzień po zmianie stylu żywienia poczułem sytość po zjedzeniu na drugie śniadanie dwóch jabłek i banana. Jak dla kogoś, kto nie rozumiał idei posiłku bez sporego kawałka mięsa, to było coś nowego. I było to niesamowicie pozytywne uczucie. Razem ze stabilizacją w diecie przyszła energia w bieganiu.

vege

Z rozpoczęciem treningów przyszło też odstawienie używek. Czasami popalałem, alkoholu nigdy u mnie w życiu nie było dużo, ale był. Odkąd zaczął się plan 6 tygodniowy, to wszystko się skończyło. Na dobre.

Książka mnie natchnęła na tyle, że plan 6 tygodniowy zrealizowałem w 4 tygodnie. Od zadyszki i problemów z kilkoma powtórzeniami minuty truchtu, do spokojnego szurania przez 30 minut. Postanowiłem w tych 30 minutach zmieścić 5km ursynowskiego biegu. Udało mi się przebiec 5km w 27:37. Pierwszy bieg. Pierwsza życiówka. Dopiero w domu dotarło do mnie, że ja naprawdę biegam. Osiągnąłem swój cel.

Przekraczać granice

Nic nie motywuje tak, jak osiąganie celów, które sobie stawiamy. Wiedziałem, że kiedy osiądę na laurach i powiem sobie – „ja, odwieczny niefizyczny, biegam i robię po naście kilometrów treningu tygodniowo” to czar pryśnie. Coraz ciężej będzie mi wstawać z łóżka i wskakiwać w buty do biegania. Bieganie stanie się niechciana rutyną bez perspektyw.

Dlatego przyszedł czas na przesuwanie granicy. Zarówno tej wewnętrznej – mojej kondycji i wytrzymałości, jak i tej zewnętrznej – nowych tras i dystansów. Pierwsza dycha. Pierwszy półmaraton. Teraz przygotowuję się do pierwszego w życiu maratonu. Chodzę na basen i nieśmiało myślę o pierwszym triathlonie. Marzeniem jest przebiegnięcie dystansu ultra. Marzenie wciąż odległe, ale realne.

Po drodze było wiele małych sukcesów które mnie budowały. Były nowe rekordy, zakup pierwszych prawdziwie biegowych butów, pierwszy trening na bieżni, odkrywanie na nowo radości z biegania boso, pierwsze mleko ryżowe z przepisu Scotta Jurka. Były porażki budujące charakter – pierwszy słaby bieg, brak energii przez źle zbilansowaną dietę, przeziębienie wywracające plan treningowy, pierwsze dylematy, czy czas przeznaczony na treningi można lepiej wykorzystać, pierwsza kontuzja w czasie biegu, pierwsze przetrenowanie… To wszystko czego doświadczam buduje mnie nie jako biegacza, ale jako człowieka. Nauczyłem się na nowo z pokora przyjmować niepowodzenia i przekuwać je na sukcesy. W końcu jeśli coś nie wychodzi, to przynajmniej wiem nad czym mam pracować.

Dzielić się pasją

Cały czas z podziwem patrzę na tych wszystkich biegaczy, którzy są szybsi ode mnie na każdym biegu. Podziwiam ich, bo wiem ile pracy i wysiłku włożyli w przygotowania. Z podziwem patrzę na elitę biegaczy wykręcającą czasy, które są dla mnie totalnie z kosmosu. Przy nich czuję się taki mały z tym wszystkim co udało mi się dotychczas osiągnąć.

Z drugiej strony cały czas spotykam się z moimi znajomymi dla których to ja jestem z kosmosu. Przyzwyczaili się do tego, że przy wyjściach znajomymi piję „niechrzczoną krwawą Marry” – sok pomidorowy z przyprawami a tabasco. „Przebiegłeś półmaraton? Szacun, ja nie mogę dogonić autobusu…” Słyszę, że schudłem, że dobrze wyglądam, że się „poprawiłem na twarzy” – cokolwiek ten komplement podstarzałych ciotek znaczy. Stałem się też chodzącą informacja o bieganiu. Wiadomo, że jak się chce zacząć biegać, to trzeba się zgłosić do mnie, bo jestem „tym, który biega”. Receptę mam jedną: użyj planu 6 tygodniowego i zapisz się na bieg na 5km odbywający się gdzieś za 2 miesiące.

Jestem biegającym wegetarianinem, który nie wyobraża sobie teraz życia bez biegania, tak jak 5 lat temu nie wyobrażał sobie obiadu bez kurczaka. Wyznaję bieganizm. Uwielbiam na kolejnych trasach pokonywać siebie i podnosić poprzeczkę jeszcze wyżej. Ciągle ciekawi mnie gdzie są moje granice. Jestem dumny z tych osób, które przeze mnie biegają i cieszę się z każdego ich medalu i kolejnych zdjęć z imprez biegowych.

Kiedyś ktoś mnie zapytał kiedy człowiek staje się prawdziwym biegaczem. Właściwie to nie wiem, ale to chyba nie zależy od dystansu ani od czasów. Prawdziwym biegaczem stajesz się wtedy, kiedy masz w domu takie specjalne osobne pudełko, w którym trzymasz te wszystkie cholerne agrafki…

Karol.

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

Trackbacks/Pingbacks

  1. Zarządzanie przez bieganie - Moje pozarządowe - […] to, że tak to wyszło dotarło do mnie dopiero po kilku miesiącach od opisania całej sytuacji. Kiedyś popełniłem wpis…

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: