[Paweł II] Zadeptana Marzanna

00ilustracjaW tym roku pogoda rozpieściła biegaczy. Mieliśmy warunki, by się przygotować do wiosennych imprez. Każdy obrał na celownik życiówkę na wybranych dystansach. Plan na krakowską Marzannę był taki: nie ma co się spinać za bardzo, ponieważ za dwa tygodnie maraton w Dębnie, ale szkoda ostatniego dłuższego treningu na wolne zaledwie 21km. Postanowiłem pobiec poniżej możliwości tempem 4:40, czyli ok. 1g40m. W ten sposób będę przyzwyczajał się do stałego rytmu. Jak to u mnie bywa, nic zgodnie z planem wyjść nie może. Dwa dni przed zawodami spadłem ze stołu zdzierając skórę z uda i robiąc sobie guza wielkości mięśnia ośmiogłowego.

00udo

Plan się posypał. Zacząłem podpytywać znajomych, czy pobiegną za mnie. Tak się złożyło, że mój brat również musiał zrezygnować ze startu z powodu przewlekłej kontuzji. Szkoda numeru startowego, ale nie było chętnych. Psikałem ranę, łykałem tabletki na przyspieszenie gojenia i trzymam kciuki, by do maratonu się zagoiło. Następnego dnia w sobotę rano okazało się, że rana boli mniej. Wciąż kuleję, ale jest postęp. Wieczorem rozmawiałem o bieganiu z bratem, zastanawiałem się, czy w ogóle jechać do Krakowa choćby turystycznie? Darek z żoną Aldoną jadą kibicować szwagrowi Robertowi, przy okazji spędzić dobrze czas. Z powodu zbliżających się zawodów czułem mrowienie w stopach. Postanowiłem wyskoczyć na małe truchtanie, by poprawić krążenie w okolicach obrzęku, sprawdzić jak się biegnie? W tym czasie brat pojechał po coś do przepicia, bo „szkoda wolnego weekendu”. To faktycznie pierwszy weekend od niepamiętnych czasów, gdy nie mamy w planach poranno-niedzielnego biegu, więc jak tu się nie napić? 😉

Początek szurania bolesny. Po pierwszym kilometrze mogłem ciut wyżej podnieść udo, ale wciąż nie przekraczałem tempa 5:00. Później, gdy raczyliśmy się Ukraińską czystą, postanowiłem, że biegnę. Już mam doświadczenie w biegu ekstremalnym. Podczas II Kieleckiej Dychy biegłem ze świerzym ITBSem. Łyknąłem dwa Ketonale, czasami kuśtykałem, ale dałem radę, ba, nawet z niezłym czasem. W tym momencie Szanowny Szuracz Paweł II się śmieje, już poprzednim razem zarzucał mi symulowanie i kiwał głową, że i tak przybiegnę szybciej od niego, żony Kamili, Moniki, kolejnego Pawła, Daniela itd. całego składu. Nowy plan wygląda następująco: startuję z grupą na 2g00, po rozgrzaniu nogi i zmniejszeniu się bólu przyspieszam według możliwości. Będzie bardzo bolało, przechodzę w marsz lub schodzę z trasy. Proste.

Przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że znaleźliśmy miejsce parkingowe w okolicy biura zawodów. Odbiór pakietów, rozgrzewka, regulowanie płynów ustrojowych na francuskiego wynalazcę Lej NaMur’a, pierwszy Ketonal. Start lekko, spokojnie, zegarek pokazywał średnie tempo 5:20.

01km

Wytrzymałem 300m. Przyspieszyłem do 5:00, skacząc pomiędzy, obok, ponad innymi biegaczami. Zacząłem łapać swój rytm. W miarę biegu zegarek informuje mnie o prędkościach 13km/h, 13.5, 13.3, 14.1. Biegło mi się płynnie, lekko, brnąłem do przodu zostawiając dziesiątki innych biegaczy za sobą. Znieczulenie działało prawidłowo, czyli wiedziałem o problemie ale nie przeszkadzało mi to w biegu. Założyłem spodenki kompresyjne, które zmniejszyły obijanie się obrzęku podczas każdego stawianego kroku. Jak widać na poniższym wykazie, w miarę biegu przesuwałem się z pozycji 634 na 5km, na 509 na 10km, następnie 423 na 15km do 394 ok. 18km aby w końcówce jeszcze łyknąć 11 osób.

Bardzo fajna trasa. Pomimo ostrych zakrętów, kostki brukowej, wbiegania na mosty i zbiegania z nich. A może właśnie z ich powodu? Spora część trasy prowadzi przy Wiśle, obok Wawelu, przez kawałek starego miasta, plącze się wokół Błoń. Nawet znajomy specjalista od ultratrailów – Marek był kontent. Doping super. Tylko sportowiec wie, jak dużo nam daje doping. Blisko piątego kilometra zszedłem na tempo 4:50, jakoś po dziesiątym miałem 4:40. Nadszedł czas podjąć decyzję; trzymamy się pierwotnego planu, czy płyniemy złapanym w żagiel wiatrem nadającym rytm. Szczerze, kto z Was mając zapas sił i dobre samopoczucie zwolniłby?

14km

Co jadłem? Dzień przed standardowa dieta bez pasta-obżarstwa. To nie maraton. Rano owsianka i dwie kajzerki z dżemem 2,5godz. przed startem. Nie brałem żelu, od początku nie planowałem. Gdybym nastawiał się na życiówkę, prawdopodobnie żel pomógłby mi od 18km finiszować 15 a nie starać się utrzymać 13.5km/h. Wypita dzień wcześniej wódka również nie pomagała. Swoją drogą komicznie to wygląda, gdy ktoś biegnie spokojnie cały dystans by sprintem finiszować. Nie krytykuję, sam tak robiłem/robię. Trzeba „odnaleźć głęboko ukryte pokłady sił” (Scott Jurek) i docisnąć końcówkę. Jeśli chodzi o moje pokłady, są one mistrzami kamuflażu. Ni cholery nie mogę je odnaleźć i finiszuję nie dłużej niż 500m w tempie 4:00. Zapas sił skończył się ok. 18km. Zacząłem jechać na rezerwie pilnując techniki, co pozwoliło mi trzymać tempo 4:30.

21km

Dzięki zabiegowi trzykrotnego okrążenia Błoń, miasto nie musiało blokować więcej dróg, niż to potrzebne. Pierwsze okrążenie podczas startu i dwa w końcówce. Żona, która jak to każda dobra żona przyjechała kibicować, była świadkiem rozczarowania pewnej pani. Biegaczka zrobiła pierwszą pętlę i zatrzymała się zaskoczona, dlaczego nie otrzymała medalu, nikt jej nie gratuluje? Na wiadomość, że musi biec jeszcze jedno okrążenie (3,5km) nie kipiała radością. Zazwyczaj bieganie pętli jest nużące, w tym przypadku nie było źle. Zawody ogółem oceniam pozytywnie, jednak do tego słoiczka miodu dodam łyżkę dziegciu. Przebieralnia w budynku, gdzie znajdowało się biuro zawodów było powiedzmy klaustrofobiczne. Schylając się po skarpetkę miałem obawy o swoją cnotę. To nic fajnego przebierać się wśród masy dżentelmenów z różnym stanem drożności górnych dróg oddechowych. Podczas Biegu Trzech Kopców mieliśmy całą szatnię do dyspozycji, każdy znalazł dla siebie miejsce. Następna rzecz to dbałość Centusiów o utrzymanie opinii. Oczywistym jest, że miejsc parkingowych brakuje. Jak już pisał Naczelny Szuracz Paweł I w Radomiu potrafili zasłonić znaki zakazu i ułatwili życie wielu przyjezdnym biegaczom. Kraków to Kraków. Cwaniactwo pazurów odkrył brat, gdy po starcie udał się do samochodu po kurtki dla dziewczyn. Znając to miasto zaparkowałem właściwie. Cała ulica od biura zawodów do Błoń nie. Darek widział, jak taśmowo panowie dbali o wpływy do budżetu miasta. Cyk pstryk wszystkie auta. Na imprezach masowych należy zarabiać (chyba że to koncert Madonny w Polsce).

Na koniec coś o wyniku. A czy to ważne? Skoro nie sięgam podium, pierwszej dziesiątki a nawet setki, to czy minuta, którą mógłbym zyskać będąc zdrowy ma znaczenie? Lub gdybym uzupełnił węgle żelem i może wycisnął kolejną minutę mniej, czy to sprawi, że Kielce przywitają mnie chlebem, solą i wiejską kapelą? Fajnie się biegło i to jest wartość sama w sobie.

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. Bieg Marzanny to fajna sprawa, z resztą jak większość biegów organizowanych w okolicach krakowskich Błoń 🙂 Jak dla mnie uzyskane czasy to i tak rewelacja.

    Post a Reply

Trackbacks/Pingbacks

  1. [Paweł II] Wiosna była moja! szuranie.pl - […] na początek. Pisałem o tych zawodach w tekście „Zadeptana Marzanna”. Miło wspominam ten bieg. Może dla tego, że biegłem…

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: