Peppa w raju, czyli Łemkowyna Ultra Trail 80

Każdy rodzic z niedużym stażem zrozumie tytuł. Pozostałym szybko wyjaśniam, że Świnka Peppa to brytyjska kreskówka w oszczędnej formie, przesycona pozytywnymi emocjami. Ulubioną zabawą bohaterki jest taplanie się w błotnych kałużach. Ponieważ każdy, kto interesuje się biegami górskimi na dystansie ultra a nie brał udziału w Łemko, ma serdecznie dość opowieści o błocie, ja ograniczę się do jednego zdania. Błoto owszem było, miejscami po kostki, gdzie indziej po łydki, czasami nawet pojawiały się zbawienne potoki (po nastym przestałem je liczyć), w których można było wypłukać się ze zbędnego kilograma mazi.

pawel-lemkowyna

Opowieść będzie krótka, bo pora startu jest moją zwyczajową porą głębokiego snu. Dokładnie tak się biegło. Po uporaniu się z pogonią, o której opowiem później, wpadłem w trans i tak do samej mety. Super komiczna sytuacja miała później miejsce, gdy stoję pod wiatą myjąc twarz i ręce w cieknącej z dachu deszczówce. Turyści i członkowie obsługi imprezy stali i przyglądali się, coś szeptali między sobą, po czym ktoś zwrócił mi uwagę, że 2 metry dalej jest otwarta na oścież obszerna ubikacja z dużymi umywalkami dla zawodników. Zaczęliśmy śmiać się ze mnie.

14858635_1236560736403708_878547864_o

Wystartowaliśmy w miarę spokojnie. Od początku utworzyła się grupka czołowa, z której na szczycie pierwszego wzniesienia została czwórka. Dwóch biegaczy przede mną grzebało się na zbiegu lub raczej przemieszczaniu się w dół używając wszelakich technik samoobrony. Biegliśmy trasą po liftingu zawodników z ŁUT 150, którzy wystartowali godzinę wcześniej. Wtem zza krzaków wyskoczył czwarty i śmignął jak szatan. Planowałem zbiec spokojnie za moimi ostrożnymi rywalami i zaatakować przed kolejnym zbiegiem, ale w tej sytuacji nie mogłem wypuścić uciekiniera. Pokonałem zjazd stylem zmiennym, raz śmigiem raz carvingiem (narciarze wiedzą o co chodzi), zacząłem nadrabiać stratę na wypłaszczeniu, dogoniłem go na podejściu. Klasycznie dla mnie w takich sytuacjach zacząłem sprawdzać rywala podchwytliwymi pytaniami typu: utrzymasz to tempo? Nie był rozmowny. Odniosłem wrażenie, że moje pytania są dla niego irytujące. Wiem, wiem, często jestem upierdliwy i jego reakcja była w pełni usprawiedliwiona. Dlatego też zostawiłem go na kolejnym mniejszym wzniesieniu podbiegając je. Na kolejnym zbiegu oczywiście dogonił mnie i wyprzedził. Później ja wyprzedziłem jego i może zabawa w kotka i myszkę trwała by dłużej, gdyby nie długa prosta lekko do góry i dość łatwy technicznie zbieg, na którym nie dałem się dogonić gnając ile fabryka dała. Później jeszcze kawałek trzymałem wysokie tempo aby pozbawić rywala nadziei. Kto się ściga ten wie, ile znaczy kontakt wzrokowy. Gdy widzisz innego zawodnika, odzywa się pierwotna potrzeba pogoni. Zapominasz o zmęczeniu i bólu, pragniesz wbić kolce butów w dupę przeciwnika i wyprzedzać, wyprzedzać, wyprzedzać! A tak, gdy nie widzisz, nie czujesz krwi w mętnej wodzie, tracisz wolę walki a organizm przechodzi w tryb holowania ciała na metę możliwie szybko.

Na punkcie w Bartnem (48km) miałem 9min przewagi. Oczywiście nie wiedziałem o tym. Odwracałem się na wzniesieniach, gdy dłuższy czas nie wyprzedzałem zawodników z ŁUT 150, ale nie widziałem wrogiej czołówki. To mi dawało duży komfort psychiczny. Bóle pojawiały się po 35km. Raz biodro, później kolano, później znowu biodro. Czytałem gdzieś, że podczas ultra bóle pojawiają się i znikają zastępowane innymi. Tym razem dokładnie tak było i u mnie. Najgorszy był kamień, który wpadł przez rozdartą siateczkę buta i zagnieździł się po środku stopy. To był chyba 65km. Nie mogłem się zatrzymać, bo odczepienie stuptutu, rozsznurowanie i zdjęcie buta a później przyległej skarpety ryzykując skurczami wszystkich mięśni od pasa w dół, to naprawdę ogromne wyzwanie. Założenie buta i zasznurowanie jest jeszcze trudniejsze. Pogodziłem się z perspektywą 2 godzin tarcia a w konsekwencji ogromnego odcisku , z zaciśniętymi zębami biegłem dalej. Ostatnie 10km to mega kryzys. Wiele kosztowało mnie utrzymanie biegu na pagórkach, ale udało się. Na mecie okazało się, że zawodnik który był drugi, miał ponad godzinę straty. Ten zbiegowy szatan, z którym się ganiałem wcześniej, zszedł z trasy. Nie wiem, co się stało. Mogę śmiało przypuszczać, że w końcu zrobił sobie krzywdę na zbiegach, które moim zdaniem robił za szybko jak na panujące warunki. A może coś innego? Tego się nie dowiem. W tym miejscu gratuluję wszystkim 70 zawodnikom ze 110 zgłoszonych, którzy ukończyli. Kawał dobrej roboty! Jednocześnie wyrazy współczucia każdemu z 24 zawodników, którzy nie zmieścili się w limicie i tych co z przyczyn mniej lub bardziej obiektywnych musieli zejść z trasy – bo bardzo trudna decyzja.

Krynica – Chyrowa, 80km i 3300 up

Czas 9h25:55 miejsce open I

Podziękowania:

CKBabcie za wspólne treningi i wsparcie.

Łukasz Woźniak nasz teamowy trener za doskonałe przygotowanie kondycyjne.

Krzychu Pogorzelski za masę porad i wspólne szlifowanie techniki.

Paweł Kosin za wsparcie przed startem i w ogóle fajny gość jesteś.

Karol Poszalski z uroczą Czorną blondi żoną – ratunek logistyczny i wyśmienite towarzystwo

Żona Aga – że wciąż to wytrzymuje.

14800903_1236560509737064_1823718285_n

14826465_1236560696403712_866933988_n

Author: szuracz

Share This Post On

1 Comment

  1. Zbiegowy szatan powiadasz 🙂 a jadnak ukończył jakaś plotka o tym zejściu musiała być 😉

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: