[Sylwia] Moc na Orlenie

Decyzja o pobiegnięciu OWM pojawiła się równie niespodziewanie jak moje dwie ciąże. Zadzwonił do mnie człowiek i poprosił, żebyśmy tak jak w zeszłym roku dopingowali maratończyków na trasie wraz ze składami bębniarskimi Sambasim i Bloco Central. W jednej sekundzie przypomniałam sobie swoje myśli sprzed roku. Stoję z bębenkiem i patrzę na start tysięcy biegaczy i… zazdroszczę. Mam syndrom niespokojnych nóg…A paznokcie aż się proszą, żeby odlecieć;). Pamiętam , ze powiedziałam sobie wtedy, że za rok tez będę śmigać w złotej pelerynce na mecie.

Szybka rejestracja i oto mam numer startowy – 8514. Wspaniały. Dlaczego? Bo ja przesądna jestem – jak suma cyfr jest parzysta znaczy, że dobrze!

Kilka dni później na Orlen zapisuje się także moja wspaniała koleżanka Doris. Dorota ma niestety sumę cyfr nieparzystą…;).

Następuje seria niesamowitych wydarzeń. Henryk Szost udostępnia na swoim profilu moją nakręconą na sypialnianym parapecie „Piosenkę o bieganiu”, która opowiada o naszej „trudnej” biegowej przyjaźni między mną i moją przyjaciółką Dorotą ES. W kilka dni oglądalność nie do końca doskonałej piosenki z akompaniamentem na ukulele sięga 16.000. Pochwały i dobre fluidy spływają na mnie od rana do nocy. Udzielam wywiadu;) dla bieganie.pl (siedząc w aucie pod McDonaldem i zapychając dziecko lodami po to tylko,żeby dała matce opowiedzieć kilka niebywałych faktów o SOBIE;)), Dostaję buty od firmy Nike, a Henryk Szost życzy mi powodzenia;). Z resztą napiszę o tym niebawem cały wpis, a tu się skupię na maratonie…

W piątek zagraliśmy koncert z moim cudownym zespołem Miss Papima. Trener mówił – NIE PIJ WÓDY!!!! Rozsądek również podpowiadał – nie pij. Ale silna wola zwyciężyła! Piłam browar;). Na drugi dzień ruszyłyśmy z Dorotą Es do Warszawy. Po 10-cio krotnym objechaniu stadionu zaparkowałam. Dołączyła do nas Ula – czarny koń maratonu – biegaczka ogarnięta i zdyscyplinowana. Odebrałyśmy pakiety i stwierdziłyśmy, że najrozsądniej będzie pójść spać. Przenocowała nas koleżanka Kasia. Przygotowała pyszną pizzę (ja naprawdę mam spust – tylko tak niepozornie wyglądam). Niestety zamiast zasnąć to śmiałyśmy się jak wariatki z serii żałosnych sucharów. No i niestety znów piłyśmy browarek. Ale po jednym i trochę zostało;).

11175039_10206084307569767_1790406527035010162_n

Rano jak zwykle przed trudnym biegiem medytowałam;). I lewitowałam – ale zdjęcie nie oddaje uroku.

medytacja

Bułki z dżemem, szybki wizaż, kawka, toaleta, kawka, toaleta;).

Psychicznie byłam nie do ruszenia:). Ponadto moje”treningi” czyli bieganie dwa razy w tygodniu po kilka kilometrów dawało mi poczucie bezwzględnie precyzyjnego przygotowania do „królewskiego dystansu”. Przebiegłam dwa maratony będąc bardziej leniwą treningowo, więc stwierdziłam że i ten przebiegnę! Bólu się nie bałam, ściany nigdy nie miałam (tak samo jak zgagi). Wybitne samopoczucie, doskonały humor…

Przed startem rozczulili mnie panowie sikający dziesiątkami w krzakach i między drzewkami. Wkroczyłam nawet między nich (naprawdę nasi maratończycy nie muszą mieć kompleksów przed Kenijczykami), ale nie starczyło mi odwagi na wysikanie;).

Wybrałam oblężony Toi Toi;). Robiło się nerwowo, bo zostało mało czasu, dlatego przyjęłam pozycję startową. Udało się.

 

toitoi przed

 toi toi po

 Na starcie szaleństwo – wiadomo!!! Wkroczyłyśmy dumnie do strefy startu 4:00-4:15 i głównie podskakiwałyśmy;). Samba

Ruszamy! Było lekkie niedowierzanie, że to dzieje się naprawdę…Pierwsze kilometry leciały bezproblemowo. Integracja z biegaczami. Mijanie i pozdrawianie zespołów na trasie. Najazd rowerzysty z głośnikiem tętniącym muzą zagrzewającą do walki zostaje nagrodzony wrzaskiem i owacjami!!! Ale na 9-tym kilomatyrze nastapiło coś na co nikt z tej grupy na 4:00 nie był gotowy. Jest na świecie człowiek , który jest bardziej inwazyjny niż ja, bardziej rudy niż ja, i bardziej gadatliwy niż ja. Martyna – moja przyjaciólka z zespołu. Człowiek – tajfun! Wtargnęła na trasę i zrobiła nam kilkuminutowe show rozbawiając naprawdę wiele osób. A ja nakręciłam taki krótki filmik:

 

Na 18 km kiśnie Doris…Coś ma nie tak z tętnem i zwalnia do 6:90 na kilometr;). Rozstajemy się. Nakładam słuchawki na uszy i pod opiekę biorą mnie Nina Simone (moja królowa rzewności), Pearl Jam, Iron Maiden, Michael Jackson, Mela Koteluk i Kult. Miks nie z tej ziemi – powalony jak całe moje życie…

Przed każdym punktem z wodą modlę się, żeby starczyło dla mnie tej gąbki. Nie starczyło…

Nie będę tu opisywać co się wydarza po 30 km maratonu. Wszyscy którzy biegają maratony w czasie przekraczającym cztery godziny doskonale widzą jak to wygląda. Po 20 km faceci zaczynają stawać i rozciągać nogi. Od 30 km rozpoczynają się piesze wędrówki…Smutne minki i prawdziwa walka. Z samym sobą oczywiście. I ja to wszystko miałam i co więcej nie byłam na to gotowa. Plus niesamowite skurcze…W tyłku w udach, w łydkach. Żaden z lubelskich maratonów nie bolał mnie tak bardzo…

Wiem już,że nie jestem tam dla przyjemności, więc zajmuję się rozglądaniem. Szukam rozrywki, czegoś co skieruje moje myśli na pozytywy. Długo nie muszę polować. Napotykam ich – faceci w czerni! Od razu wyciągam telefon, wyprzedzam ich i wołam:

-Kochani!!! Tak ch…ojo wyglądacie, że muszę Wam zrobić zdjęcie!!

 faceci w czerni

Chłopaki się rozchmurzyli i przez chwilę znowu jest wesoło.

Na 32 kilometrze jest ze mną na tyle słabo, że postanawiam sobie nakręcić pamiątkę – film moralizatorski. Żeby pamiętać, że przed maratonem TRZEBA SPAĆ. Mam w życiu zasadę – „bądź dla siebie dobra”;). Tu ją złamałam i się skatowałam.

 

 

Karetka śmiga jak szalona, na trawnikach ludzie walczą ze skurczami. Jakiś chłopak zwierza mi się, że on już nie pobiegnie dalej bo go poniosło i pobiegł 20 km na 3:20…;).36 km Maratonu to przełom – dowód na to, że po nocy przychodzi dzień;). Biegnę, patrzę – gra zespół. Staję pod latarnią i słucham chwilę , podchodzę do wokalisty i mówie:

– Teraz TY kręcisz a ja śpiewam!!!

Jest to moja najdziwniejsza i najlepsza pamiątka z maratonu. Dowód na to, że muzyka ZAWSZE mi pomaga. Daje kopa! Zauważcie moi drodzy, że ja tu SKACZĘ…Minutę wcześniej ledwo człapałam. Słowa to był czysty freestyle, ale pamiętam , że się rymowało;). Było to coś w stylu „Już niedaleko! Powiadam CI! Zaraz na mecie będziesz i Ty…;)”. Chłopcy z zespołu byli zaskoczeni. Biegacze krzyczeli i machali do mnie widząc, że jestem tak naprawdę ledwo żywą uczestniczką biegu;). Szkoda, że nagranie takie przesterowane…

Dwa kilometry od mety nogi po prostu mnie parzą. Kolana mam jak przewiercone. Dwa kilometry wydają mi się wiecznością.

10394566_685028491643642_862159352168351269_n

Kiedy lezę zygzakiem uszy atakuje mi podejrzany dźwięk… Ściągam słuchawki. Rozglądam się – gdzieś tam baaaardzo daleko i wysoko (jestem już pod stadionem) trener odziany w złotą pelerynkę wypatrzył moją cherlawą sylwetkę . Chyba musiał być ze mnie bardzo dumny bo krzyczał (a on nie krzyczy raczej): Ciśnieeeeesz!!!!!! Rudaaaaaaaa!!!! 😉 Wyrwał mnie z amoku ostatecznie. Ostatni raz podrywam giry do biegu! Po drodze znajome rytmy – Bloco Cenral i Sambasim! Wbiegam na metę. Medal i upragniona złota pelerynka……Siadam i wiem, że bywało lepiej;). Chce mi się wymiotować. Przybiega Martyna ze słowotokiem…Ja nie mogę mówić. Więc tylko słucham (głównie o tym , że źle wyglądam, jestem powalona i że to jakaś masakra, bo ludzie padają i ich znoszą).

W dodatku nie ma i nie ma Doroty… Mózg podsyła mi chore projekcje, że coś się jej pewnie stało…Panowie z organizacji przeganiają mnie dalej od mety, ale się nie daje…Czekam i czekam. Nagle widzę Doris – biegnie i beczy!

Przytulamy się. Radość!!! Doris wyje: Staaaaaaraaa…jak mnie bolałooo!!! Boże jak bolały mnie biodra. Powiedziałam kolesiowi, że ja już wolę rodzić. A on się śmiał…

Doris płakała przez dwie godziny. Mi było zimno….Nie dałam się rozebrać z tego pazłotka…

Mamy takie zdjęcie z mety, które zrobiła nam Ula. Ula spisała się świetnie – złamała 4 godzinki elegancko.

To zdjęcie będziemy z Dorotą pokazywać wnukom. Ona zabeczana, a ja milcząca…

11131800_10206054189896844_809525224852378283_o (1)

Dziękuję Dorocie za to że jest i że poprowadziła volvo bezpiecznie do domu., Kasi i jej córce Gabrysi za nocleg i pyszną pizzę, Bartoszowi – Durczokowi za otrzeźwiający krzyk;) i wsparcie, Uli za dobry czas i cierpliwość.

Dziękuję Organizatorom, że mogłam sobie przypomnieć jak boli maraton;).

I specjalne podziękowania dla mojego kolegi Karola z zaprzyjaźnionego sklepu o cudownie działającej na wyobraźnię nazwie – Aktywny Nadgarstek. Otrzymałam od nich do testów zegarek Polar, dzięki któremu okazało się, że ja nigdy nie mam tętna niższego niż 130;). Zegarek elegancko się sprawdził na treningach. Na maratonie byłby nieocenioną pomocą, gdybym go tylko nie zapomniała:)!!!.

Sytuacja jest na tyle rozwojowa, że jeśli w Aktywnym Nadgarstku powoła się ktoś na Sylvettę Księżniczkę Wiatru to otrzyma zniżkę! Polecam całym sercem. Dziękuję.

A! Czas: 4:24:??

Ale tu nie chodzi o czas. Nie o czas.

Author: szuracz

Share This Post On

3 komentarze

  1. OMG, Ty mnie nigdy nie zawiedziesz!!! Jak biegam to mysle se o Lasoku co by motywacji nie utracic! Love u my hero!!! Ale sie usmialam!!!!!!!!! xxx

    Post a Reply
  2. No tym spiewem to to dalas czadu. Jestes MEGA pozytywna osoba! Tylko czemu tak rzadko tu piszesz?!!!!!!!!!!!!

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: