Orlen Warsaw Marathon – Super życiówka, super bieg. Świetna impreza!

panorama_start01Drugi w 2013 roku start miał być zabawą. Na to od początku do końca liczyłem. Byłem spokojny, wiedziałem, że 10 km to nie jest już odległość, która wzbudza u mnie przerażenie (a jeszcze we wrześniu 2012 tak było). Podchodziłem do biegu spokojnie, może aż wręcz za spokojnie. Był to bieg w którym od początku do końca miałem znajome towarzystwo. Wcześniej byłem sam, nikogo z boku. Teraz było inaczej. Było super!


Na miejsce wyruszyłem z Kielc o 5.30. Droga minęła ekspresowo, w Jankach byliśmy już o 7.00. Duuużo za wcześnie, zapas wystarczył zatem na kawkę i delikatne śniadanie w… McDonaldzie, z którego skorzystali moi towarzysze. Ja zgodnie z założeniem energetycznym:) chciałem pociągnąć tylko na tym co zjadłem przed wyjazdem, dwie kromeczki z miodem. W zupełności wystarczyło.

Jedyną obawą przed imprezą była ta o miejsca parkingowe, co prawda jest ciepło i można spokojnie stanąć dalej, przejść na start i też nikomu korona z głowy nie spadnie. Jednak to zawsze obce miasto, dużo ludzi i niepewność, a ja wolę jednak mieć wszystko zaplanowane i nie liczyć w takich momentach na niespodzianki. Podczas Półmaratonu Warszawskiego znalazłem sobie fajne miejsce prawie przy samym Moście Poniatowskiego, liczyłem, że i tym razem tam się uda. Udało się, miejsce parkingowe wymarzone, choć oczywiście Straż Miejska miała z tych miejsc ogromny zarobek. Okropnie mnie wkurzało, napisałem o tej sytuacji TUTAJ 

Po zaparkowaniu musieliśmy znaleźć jeszcze jednego, w tej chwili najważniejszego dla nas, uczestnika biegu. Pawła. Nazwijmy go Pawłem III, no bo dwóch pierwszych to ja, i Paweł II. Oto my jeszcze przed startem.

IMG_0728

Paweł II i Paweł I – czyli szuranie.pl przed Narodowym

Dlaczego Paweł III był najważniejszy? Ano dlatego, że miał nasze pakiety startowe:) Odebrał je dzień wcześniej i dzięki niemu mogliśmy w ogóle startować – dziękujemy! Udało się, numery powędrowały na nasze grube brzuchy jeszcze profilaktyczna:) wizyta w niebieskiej budce, których było sporo i które mimo wszystko generowały ogromne kolejki. Ale dało się, nie marudzę:)

Od samego rana, od wjazdu do Warszawy widoczni byli biegacze, szuracze, bądź poprostu ludzie z numerkami na piersi. Jednak to co zobaczyłem przed stadionem było szokiem, a to co ujrzałem wchodząc na barierki aby zrobić zdjęcie, delikatnie zbiło mnie z nóg. Ogrom ludzi, morze głów, większość w białych (10km) lub czerwonych (42km) koszulkach z pakietów startowych. Łącznie sporo ponad 10 tysięcy osób ustawionych na dwóch pasach szerokiej ulicy.

nie kończące się morze głów przed startem

nie kończące się morze głów przed startem

Oczekiwanie przed startem umilał bardzo miło i rozsądnie, nie narzucając swoich racji (co często się niestety u prowadzących spotyka:))) DJ i prezenter w jednej osobie. Ludzie byli usłuchani, co rusz wszyscy podskakiwali, klaskali czy rytmicznie tupali. Wychodziło to fantastycznie.

Ruszyli Maratończycy. Jako pierwsi. 10 minut przed nami. Chyba im wtedy zazdrościłem, zazdrościłem tych czerwonych numerków na koszulce. Już za dwie, trzy, a często i cztery bądź pięć godzin będą bohaterami. Zazdroszczę im tego już tu na starcie…Może kiedyś…

Na starcie z Pawłem II ustawiliśmy się ambitnie, w sektorze na 55 minut. Jeszcze wtedy myślałem, że to niemożliwe…

Cztery, trzy, dwa, jeden – odliczał prowadzący, a w rytm jego słów zmieniały się cyfry na wielkim telebimie. Ruszyliśmy. Okazało się, że tylko na chwilkę – bo był to start honorowy. Nie wiem do końca co miał na celu, ale po przejściu kilkudziesięciu metrów nastąpiło kolejne odliczanie i teraz już poszło. 3 minuty zajęło nam dojście do mat z czujnikami odmierzającymi czas. Garmin w ruch, muzyka na uszy i w drogę. Zgubiłem Pawła. Na początek fantastycznie prezentujący się Most Świętokrzyski.

początek biegu - Most Świętokrzyski

początek biegu – Most Świętokrzyski

Było ciasno, czasami bardzo ciasno. Nie chcę wychodzić na nie wiadomo jakiego fachowca w temacie, bo takim nie jestem. Nie biegam też szybko, ale na Boga,  nie zrozumiem ludzi ustawiających się z przodu (tym bardziej, że start był podzielony na strefy czasowe – na słupach po lewej) tylko po to aby być z przodu, a po kilkuset metrach zwalniać lub nagle przechodzić do marszu. Powoduje to mocno niewygodne sytuacje, czasami nawet niebezpieczne. Ciasno było do ul. Tamka. Tam też był podbieg, jak się okazało jedyny podbieg na trasie, podbieg który delikatnie przerzedził biegowe towarzystwo. Trochę się go obawiałem, bo czytałem, że daje popalić. To był drugi kilometr. Pierwszy przebiegłem w 5:28, zwalniając nawet specjalnie bo wydawało mi się, że to za szybko. Podbieg na ul. Tamka zrobiłem w 5:40 – byłem zdziwiony, że poszło mi tak gładko. Minąłem mnóstwo ludzi, biegłem tuż przy osi jezdni, przy barierkach. W pewnej chwili w okropnie szybkim tempie w przeciwnym kierunku polecieli maratońscy liderzy. Tempo mieli zawrotne! Dłuuugo za nimi reszta maratończyków. Nieziemski klimat zrobił się tuż przed Starym Miastem, nasza fala 10 kilometrowców mijała się z falą maratończyków. Wrzask, pisk i wzajemny doping biegaczy był ogromny. Ciary na plecach i łzy w oczach, że jestem w środku takiego wydarzenia. Darłem się oczywiście jak opętany:) Tempo nadal jak dla mnie bardzo szybkie – 3 km – 5:17.

po lewej maratończycy - po prawej my. Atmosfera nieziemska!

po lewej maratończycy – po prawej my. Atmosfera nieziemska!

To był chyba najfajniejszy fragment biegu, mnóstwo ludzi kibicujących, robiących nam zdjęcia, pomagających. Czuć było, że to naprawdę jest Narodowe Święto Biegania.

Trochę dalej zrobiło się przez moment delikatnie niewygodnie, kostka brukowa jednak nie pomaga w bieganiu. Ale to był moment, zakręt i w dół obok stadionu Polonii. Tam też usytuowany był jedyny podczas naszego biegu punkt z wodą. Ja nie korzystałem, doszedłem do wniosku, że 50 kilka minut wytrzymam bez picia, a nie chciałem wybić się ze znakomitego rytmu.

IMG_0767

„wodopój” na piątym kilometrze

To był piąty kilometr. Czwarty przebiegłem w 5:27, piąty 5:23. Czyli nadal szybko. Według oficjalnego czasu (bo to co podaje powyżej to wyniki z Garmina) na 5 km miałem 27:21 – czyli tak szybko jak nigdy! Moim planem maksimum, do którego jednak bardzo się nie napinałem, było ukończenie biegu poniżej 57 minut. Po półmetku wiedziałem, że jest to do zrobienia, choć łatwo nie będzie. Ale o dziwo było. Chyba, aż za łatwo. Co ciekawe, albo trasa była wymierzona idealnie, albo dodatkowo Garmin spisywał się znakomicie. Piąty kilometr „piknął” idealnie w momencie postawienia nogi na macie z czasomierzem. Szósty kilometr był rekordowy – 4:57! Następne także „łykałem” leciutko, 7 – 5:22, 8 – 5:26. Nie ukrywam, że byłem zaskoczony taką dyspozycją. Biegło mi się nadzwyczaj cudownie, leciutko. Bez żadnych kolek, bóli, zadyszek, obtarć itd. Delikatnie bolała mnie lewa noga, naprawiałem ją przez ostatni tydzień, ogoliłem nawet, fachowcy obkleili ją magicznymi plastrami. Trochę pomogło. Ale nie o tym, tutaj:)

Nie wszystkim jednak chyba wychodziło wszystko to co chcieli, mimo, że dystans krótki to widziałem kilka mocnych kryzysów na trasie, starałem się dodawać siły, chociażby krótkim klepnięciem i zmotywowaniem słowem. Widziałem, że pomagało. Sam tak byłem motywowany przez znajomego w grudniu w Biegu Mikołajkowym, wiedziałem, że działa fajnie. Starałem się robić podobnie. Mam nadzieję, że skutecznie. Oczywiście nie brakło przybijanych z dopingującymi dzieciakami piątek, oklasków i tym podobnych.

Dwa kilometry do mety wiedziałem, że musi być dobrze. Cały czas samopoczucie rewelacyjne, aż za bardzo. Przyspieszyłem. 9 kilometr w 5:11, czekałem podświadomie kiedy jednak stracę siły. Bo to nie możliwe przecież, że wieczorne treningi robię w okolicach 6 min/km i często łapie mnie zadyszka, a teraz jest super. Musi się coś stać. Czekałem na to… Jednak się nie stało, ostatni, 10 kilometr jeszcze szybciej 5:05. Na metę wpadam z czasem 53:46, później w smsie od organizatora dowiaduje się, że oficjalny wynik jest o dwie sekundy gorszy. Ale to i tak mój rekord życiowy. I to taki o którym nie śniłem nawet. We wrześniu 2012 swoją pierwszą dyszkę przeszurałem w godzinę i osiem minut. To prawie kwadrans dłużej! Ogromnie się cieszę z niedzielnego wyniku – OGROMNIE!

Teraz wiem, że mogłem chyba poszurać lepiej. Szczególnie ten podbieg na ul. Tamka – czułem się tam bardzo mocno, później też jeszcze kilkanaście sekund można było zyskać. Może gdybym nie robił tysiąca zdjęć wszystkim dookoła, tylko zajął się bieganiem… Ale nie ważne. Jeszcze przyjdzie taki czas, że będzie „czwórka z przodu”…i nie mówię o wieku, bo to już niebawem:)

tak wbiegałem na metę…:))) – ja to ten zielony po lewej – grunt to wiedzieć jak się ubrać, aby być rozpoznanym:)

Po przekroczeniu mety od sympatycznej Pani odebrałem medal i dumnie pomaszerowałem w stronę picia. Teraz, w porównaniu do 5km, odczuwałem potrzebę nawodnienia. Woda plus dwa banany uspokoiły pragnienie.

IMG_0769

ja już na mecie, a tu jeszcze tyyyyyyyyle medali

Wyjście ze strefy dla zawodników trochę utrudnione i zakorkowane, sieć komórkowa przeciążona, ciężko było się znaleźć z dopingującą ekipą. Pamiątkowe zdjęcie solo…

IMG_0775

 

Paweł III był już na mecie, też wykręcił życiówkę, taką z czwórką na początku. Paweł II za kilka minut też do nas dołączył. Także z życiówką! Niewiele ponad godzinę. Ale to jego pierwszy oficjalny bieg na 10km – brawa jak najbardziej się należą!

IMG_0785

Pawły trzy – od lewej
Paweł II, ja , Paweł III

Wspólnie poczekaliśmy na pierwszych zawodników królewskiego dystansu – ich tempo o czym już wspominałem, dla mnie było kosmiczne. Oto zwycięzca.

IMG_0791

Zywcięzca Orlen Warsaw Marathon – KASAYE Sisay lemma – czas: 2:09:02 !!!

Podsumowując, ogromnie udana dla mnie impreza. Super pogoda, świetna organizacja, fantastyczny wynik. Zdecydowanie na plus. Coraz bardziej i coraz częściej myślę o 42 kilometrach…

PS.

przed startem spotkałem sporo znajomych z Kielc. Marcin Dulnik z bratem wykręcili fantastyczny wynik w maratonie – gratulacje, Tomek Pawlusek na 10 km też dobry czas, dla mnie nieosiągalny – ale on bez zadowolenia. Mimo wszystko gratulacjone! Z innych znanych osobistości byli też i należy dodać, że przegrałem o dwie minuty z Adamem Małyszem, za to wyprzedziłem Krzysztofa Ibisza i znacznie Tomasza Karolaka 🙂

IMG_0730

z Tomkiem Pawluskiem – najlepszym szefem kuchni, najlepszego kieleckiego hotelu – Hotel Odyssey

na mecie widziani byli też znani panowie z pyta.pl – nas nie zaczepiali:)

IMG_0781

pyta na mecie…

 

Author: szuracz

Share This Post On

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: