Orlen – 42 km 40 minut szybciej

Poprzedni rok był w moim wykonaniu dramatyczny, nie ma co już się nad tym rozwodzić, bo robiłem to w poprzednim wpisie o warszawskiej połówce. Ten zaczął się lepiej, więcej biegania, waga w dół, udało się urozmaicić treningi. Pojawiły się jakieś szybsze akcenty, podbiegi, siłownia, trochę cardio. Jednak maratonu w planach nie miałem. Co więcej nie miałem żadnych planów biegowych, zero profesjonalizmu:) Co będzie to będzie. Wyszła dyszka w Kielcach z życiówką, później moja czwarta warszawska połówka, też z życiówką i…pojawił się w głowie głupi pomysł (bo przecież na ostatnich kilometrach w zeszłym roku w Paryżu mówiłem sobie, że już nigdy więcej!). Na dwa tygodnie przed startem królewskiego dystansu zapisałem się.

Wybrałem najtańszą opcję bez koszulek i innych cudów, zresztą chyba nawet nie było wielkiego wyboru, w sumie to tuż przed imprezą. Jakie miałem plany na te 42 km? Wiedziałem, że bez życiówki nie wracam, a że nie była ona jakaś wyjątkowo wyśrubowana :))) to czułem, że może być dobrze. Dobre dwa starty (jak na mnie) w 2016 roku dawały nadzieję. Życiówka życiówką, ale marzyło mi się zejście poniżej 4 godzin. Tuż po moim pierwszym maratonie ( 4:35:54 w Wiedniu w 2014) usłyszałem teksty, że maraton powyżej 4 godzin to nie maraton, że się nie liczy i takie tam pierdoły. W dupie to miałem oczywiście i totalnie się z tym nie zgadzam, ale gdzieś tam z tyłu głowy zostało.

Tylko, że maraton to nie taka popierdółka i nawet nie mam na myśli tutaj samego przebierania nogami. Start rano, odbiór pakietów no i w sumie to trochę kawałek, żeby jechać (mimo, że z Kielc to tylko jakieś 160 km) w niedzielę rano. Spania nie mamy, kasy na hotele też nie za bardzo… Ale po raz kolejny (choć po raz pierwszy w takim temacie) z pomocą przyszła Najlepsza Drużyna Świata – Drużyna Bartka. Na fejsbukowej grupie dwie osoby zaproponowały nocleg u siebie, jedna dodatkowo odezwała się w wiadomości prywatnej. To mega miłe, mocno niezręcznie było odmawiać, ale musiałem (musieliśmy) wybrać. Ostatecznie w cztery osoby wyruszamy w sobotę tuż po pracy (meczu) do Beaty. Droga mija ekspresowo, Dulu śmieje się bez przerwy, świetne towarzystwo, śmichy chichy, momentalnie jesteśmy u…Oli. Ola znana w internetach z Pora na Majora zrobiła nam wielką frajdę i kupiła to i owo na expo przed biegiem. Pakunki odbieramy, żartujemy (?!) o wyjeździe do Rio, a na koniec dowiaduje się, że na kwalifikacje raczej szans nie mam, bo te 2:11 to trzeba zrobić na 42 a nie na 21 km 🙂 Życie traci sens, ale cóż zrobić, zna się lepiej:)

Klucząc pod Warszawą po uliczkach o pięknie brzmiących nazwach trafiamy do bazy. Na miejscu spotykamy jeszcze Agnieszkę i w znakomitym towarzystwie siadamy do przepysznej makaronowej kolacji przygotowanej przez gospodynię. Podoba mi się ogromnie, u wszystkich (chyba nawet u dwóch nie biegnących osób) czuć delikatne podniecenie tym co przyniesie niedziela. Jest tak fajnie, że kładziemy się późno, nawet bardzo późno. Pompujemy materace, rozkładamy karimaty i próbujemy usnąć, chociaż Dulu śmieje się bez przerwy:) Bardzo krótka noc mija błyskawicznie. Przed 7.00, po śniadaniu wychodzimy zabierając ze sobą…trzy rowery. Beata znakomicie ogarnęła logistycznie całą wyprawę, oprócz przenocowania nas zorganizowała także całą wyprawę oraz stworzyła znakomite mobilne centrum dopingu, ale o tym później. Dojeżdżamy kolejką na stację Stadion w pociągu spotykając, dość niespodziewanie Marcina z Dulnik Biega, który zdradza, że „on tylko treningowo”, do 30 km i do domu:) Można i tak, ale w końcu przed nim za tydzień start w Pradze.

Pod stadionem spotykamy dużo znajomych, tradycyjna Bartkowa fota, ostatnie pożegnania, życzenia powodzenia, kopniaki w tyłek i lecimy na start. Wpadamy do stref praktycznie na ostatnią chwilę. Ruszają biegacze na 10 km i po chwilę my.

13123147_997905456912737_7514029171385578865_o

Przez kilka ostatnich dni zastanawiałem się na taktyką na ten bieg, nie wiedziałem jak go zaplanować. Najprościej było oczywiście naku…iać od początku, a później przyspieszyć:) ale jakoś nie ufałem w swoje siły na tyle, żebym był pewien, że będę w stanie biec negativem. Dużo bliżej mi było do taktyki na „sieZobaczy”, czyli biegnę swoje, a później „sieZobaczy”. I tak też zrobiłem. Na starcie dosyć przypadkowo zgarniam Kubę, który postanawia realizować mój „plan”. Oprócz pierwszego kilometra biegniemy dosyć szybko (jak na mnie oczywiście i dystans jaki przed nami), średnie tempo 5:10/km choć zdarza się także kilometr poniżej „piątki”. Po kilku kilometrach zauważam w ostatniej chwili „nasze” dziewczyny i Maćka, czyli dopingową ekipę rowerową. Kurde, mimo, że to mój trzeci maraton to taka sytuacja zdarza mi się po raz pierwszy, za granicą trudno o osobistych kibiców, co innego u siebie, w Warszawie:) Mimo, że widziałem ich kilka sekund, to dało to niezłego kopa. Od tego momentu wyczekiwałem i wypatrywałem „naszych” przez cały czas. Co jakiś czas Maciek śmignął z boku na rowerze wydzierając się w niebogłosy, kilka kilometrów dalej stały dziewczyny także się nie oszczędzając i tak co jakiś czas. Ogromny kop pozytywnej energii to dawało. Szkoda tylko, że nie zobaczyłem ich wszystkich na ostatnich 6-7 kilometrach…może bym to wygrał:)

Plan na „sieZobaczy” realizowałem idealnie, rano miałem delikatny problem żołądkowy w związku z tym trochę bałem się jeść i pić podczas biegu. Po raz pierwszy sięgnąłem po żel i picie na 21 km, weszło ładnie dlatego do najbliższego kosza wywaliłem cały zapas papieru toaletowego który „dźwigałem” od startu:) Pierwsze kilometry idealnie, pogoda znakomita, kibiców nawet sporo. Połówka weszła w 1:49, czyli nieźle. Gdyby nie Półmaraton Warszawski była by to moja życiówka. Zacząłem się nawet zastanawiać czy nie za szybko, bo szło totalnie bez problemów. Każdy kolejny kilometr spokojnie, w okolicach 5:10-5:20, tętno w normie, nogi działają. Wzorowo. Byłem ciekaw każdego kolejnego kilometra i tego co się stanie gdy jednak „coś” się stanie, wiedziałem, że musi się stać bo mimo tego, że przygotowany byłem w miarę dobrze, to nie wierzyłem, że w takim tempie mogę dobiec do 42 kilometra.

orlen-out_mor16_01_apt_20160424_091618.jpg-8527

Gdzieś od 24 km trasa zrobiła się mało przyjemna, na początek bardzo ostry zbieg na którym mocno poczułem uda i o dziwo mimo, że z górki to musiałem zwolnić o jakieś 15 sekund/km bo czułem, że może się to skończyć skurczem. Przypomniał mi się mój maraton w Wiedniu, wtedy nie mogłem sobie z tym poradzić przez ładnych kilka kilometrów. Zwolniłem do 5:24/km i w takim tempie, aż do 35 kilometra. Po tym 24 kilometrze był najgorszy fragment trasy, miałem wrażenie, że zaraz dobiegniemy do…Radomia:) Wiało okropnie, z lewej strony pola, z prawej jakaś duża ulica. Było mało fajnie.

Na 30 km musiałem na sekundę się zatrzymać. Przed biegiem jako, że pogoda była taka jakaś niewyraźna i mogło padać wrzuciłem telefon do woreczka foliowego, takiego na kanapki. Wszystko razem do paska w którym miałem też dwa żele i magnez oraz w razie draki ketonal (o tym ostatnim więcej TUTAJ). Na 30 km chciałem wypić magnez i zjeść żel jednak za pierona nie mogłem odsunąć tej pieprzonej torebki na pasku nie przerywając biegu. Woreczek foliowy, ten od telefonu jakoś skurczysyńsko zaplątał się w suwak. Mordowałem się kilka ładnych minut biegnąc i szarpiąc się z suwakiem, no i jeszcze ta pieprzona kamera, którą trzymałem w ręce nie ułatwiała zadania. Zrezygnowany przeszedłem na kilka sekund do marszu, wyszarpałem torebkę, suwak puścił, zjadłem, wypiłem. Nawet przy okazji poprawiłem kawałkiem czekolady (mimo, że przecież nie lubię czekolady…). To był pierwszy kilometr powyżej 6min/km. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze to, że na chwilę stanąłem i…popsuła się głowa, a przy okazji zgubiłem Kubę, który poleciał do przodu.

Gdzieś tam spotkałem Olę, już na połówce w Warszawie obiecywała słodkości, jednak wtedy gnałem:) i zobaczyłem ją w ostatniej chwili. Miało się to odmienić na Orlenie i tak się stało. Słodyczy Ola miała mnóstwo, po tym wnioskowałem, że ostatni nie jestem:) Wziąłem minimarsa, z którym przez następny kilometr się męczyłem bo zgrabiałe palce nie mogły poradzić sobie z otwarciem tego pieprzonego papierka:) Z Olą chyba nie pogadałem. W sumie to się przyznam, że mało z tego pamiętam, dobrze, że odtworzyłem to później na kamerze…Sorki Ola, że mało byłem wylewny, ale wiesz…to Rio:) Ale super, że byłaś!

Zrzut ekranu 2016-05-20 o 12.38.20

Przed biegiem ustawiłem w Garminie wirtualnego partnera na 3:59:59, na 35 km spojrzałem na wyliczenia, które pokazały, że mam 17 minut zapasu do złamania 4 godzin. To był chyba największy błąd, ten chwilowy marsz i świadomość, że mam tak duży zapas do zrealizowania mojego celu. Nogi wtedy czułem już mocno, najbardziej stopy, wiedziałem, że są w kiepskim stanie bo buty w których biegłem niestety okrutnie mnie obcierają i niszczą palce przy biegach dłuższych niż 20 km…No ale innych nie mam:) Składając to wszystko do kupy zaczęło się obijanie. Do tej pory biegłem na 3 godziny i 42 minuty, ale od 37 kilometra wszystkie kilometry (noo oprócz jednego) wchodziły w ponad 6 minut. Miałem świadomość, że nawet spacerkiem to i tak zmieszczę się poniżej tych 4 godzin i przestałem walczyć. Biegłem ale to takie klasyczne szuranie było raczej niż to co udawało się zrobić przez pierwsze 37 tysięcy metrów. Wypiłem wszystko co miałem, pojadłem bananów na punkcie i w żółwim tempie zbliżałem się do stadionu.

Nie wiem czy wszyscy tak mają, ale ostatnie kilkaset metrów przed maratońską metą to u mnie ogromne emocje. Zapomina się wtedy o wszystkim co boli, wydaje mi się, że lecę jak zwycięzca:), nastrój wręcz euforyczny pomieszany z ogromnym wzruszeniem. Nie nie popłakałem się, choć oczy zrobiły się jakoś dziwnie wilgotne. Ostatni zakręt i jakieś 200 metrów do mety. Cudowne uczucie! Mnóstwo ludzi przy barierkach, wyprzedzam kilka osób, ktoś z prawej strony krzyczy JONIU!, nie wiem kto, nie wiem czy znajomy czy może po prostu przeczytał to co nasmarowałem na swoim numerze startowym. 50 metrów, 10…META! Rzut oka na zegarek – 3:53:47, okrutnie się cieszę! Szybka piątka z Piotrkiem z Bartkowej drużyny, którego spotkałem dopiero na ostatnich metrach. Mam świadomość, że na tych 5 kilometrach przed metą straciłem mnóstwo czasu, ale z tyłu to miałem wtedy. Mam trójkę z przodu i wielką radochę! Misja wykonana, ŻYCIÓWKA POBITA O 40 MINUT !

orlen-out_mor16_03_srv_20160424_124037.jpg-8527

orlen-out_mor16_01_tlp_20160424_124309_1.jpg-8527

Nogi mam w stanie okrutnym, czuję, że jak zdejmę buta to długo już nie założę… medal, folia, oczywiście fota:) i pod stacje szukać mojej mega ekipy. Dulu oczywiście się śmieje:) pobiegł 3:06 !, Aga z przygodami też na mecie. Kuba z którym trzymałem się do feralnego 30 km kilka minut przede mną. Wszyscy zadowoleni. Robi mi się strasznie zimno, zęby mi latają tak jak dzieciakom w Bałtyku po godzinie moczenia tyłków. Przez dłuższą chwilę wracam do życia i idziemy dopingować pozostałych na mecie, czekamy na naszych Bartkowiczów. Pojawia się Patryk, największy wojownik z „drewnianą nogą” też ukończył, a był to jego debiut. Zadowolenie wszystkich jest ogromne. Kolejką jedziemy na…lody. Po raz kolejny Beata spisała się mega jako gospodyni tego całego zamieszania, a jakby tego było mało to w domu czekał na nas przepyszny makaron i piwko:) Smakowało wybornie.

DCIM105GOPROG1205404.

Podsumowując wyjazd był ogromnie udany, przede wszystkim ze względu na towarzystwo. Było świetnie! I tak sobie teraz z perspektywy czasu myślę, że…chyba jednak jeszcze kiedyś spróbuje, choć tuż po biegu byłem przekonany, że to mój ostatni uliczny maraton. Ale teraz tak sobie myślę, że czemu nie… Ale w identycznym, albo przynajmniej podobnym składzie osobowym.

13087235_997906443579305_960544228020798366_o

Ogromne podziękowania przede wszystkim dla Beaty za przyjęcie, za ugoszczenie, za jedzenie, za kawałek miejsca na podłodze, za poranną pobudkę, pyszna kawę rano i bułki z miodem! Ukłony dla reszty ekipy, szczególnie tej najlepszej na świecie mobilnej grupy dopingowej, Beata, Kinga – dla której to był debiut „biegowy” i Maciek – byliście MEGA! Podziękowania dla całej Bartkowej Drużyny – Biegnę, żeby Bartek mógł biegać! Jednak bieganie u siebie to bieganie u siebie. Wiadomo, że Wiedeń czy szczególnie Paryż to inny świat, a tamte maratony przykrywają taki, mimo że chyba najsolidniej zorganizowany maraton w Polsce, czapką to jednak ludzie robią atmosferę, a jeśli są to bliscy ludzie to jest prawie jak wniebowzięcie:)

A tu można zobaczyć to co wyszło z dźwigania kamery przez 42 km:)

Kończąc, jeszcze jedne podziękowania dla chyba jednego z największych sprawców tych wyników w 2016 roku. Kilka lat temu zaczynając biegać szurać robiłem to aby pozbyć się nadmiernych kilogramów, trochę się to udało jednak bez szału. Poprzedni rok był fatalny biegowo i jedzeniowo wynik na wadze znowu niebezpiecznie zbliżał się do wartości trzycyfrowej. W grudniu zeszłego roku rozpocząłem współpracę z Fresh Diet. Zbilansowana dieta, pięć posiłków przywożonych rano pod drzwi, określona liczba kalorii i zadziałało. Od grudnia do startu w Orlen Warsaw Marathonie (24 kwietnia) pozbyłem się 13 kilogramów. Dużo to czy mało? Nie wiem, wiem jedno. Czuje się dużo lepiej, wyniki są niezłe, we wszystkich trzech startach w tym roku pobijałem życiówki nie pobijane od dwóch lat i to o ładnych kilka minut. 10 km – 4 minuty, półmaraton – 8 minut, maraton – 40 minut! O jedzeniu pudełkowym pisałem dużo na facebooku, na stronie u góry cały czas aktywna jest zakładka. Z całego serducha polecam, do smaków można się przyzwyczaić, finansowo to jak najbardziej do ogarnięcia, szerzej pisałem o tym TUTAJ.

 

Author: szuracz

Share This Post On

3 komentarze

  1. Jeden z lepszych wpisów jakie ostatnio czytałam 🙂 Dzięki za te wspomnienia

    Post a Reply
  2. 🙂 Na mecie wyglądałeś jakoś tak mocno nieobecnie. Nie wiem czy pamiętasz ale jedyne co udało Ci się wydusić to było coś w stylu: „K..a jak mnie nogi bolą”. Jeszcze raz gratulacje. Wielki jesteś.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: