Rzeźnia na raty

Od czego by tu zacząć? Decyzję o starcie w tej trzydniowej etapówce w sercu Bieszczad podjąłem z bratem Darkiem i kolegą Piotrkiem. Ponieważ pracuję w soboty i święta, nie było szans na tegorocznego Rzeźnika, więc dobre i to. Z resztą na raty powinno być łatwiej – tak pomyśleliśmy. Na jakieś specjalne przygotowania nie było czasu. To Marzanna, to Skała, Orlen, Cross w Sielpi, wreszcie najlepsza połówka na świecie Siebiega. Maraton w Sielpi miał być treningiem tempowym a wyszło jak zawsze. Na tygodniu lub w niedziele wolne od startów w zawodach śmigaliśmy bardzo spokojnie po górkach. Szybkich treningów technicznych zabrakło. Musiała nam wystarczyć forma całą zimę budowana w Górach Świętokrzyskich. Podpytywałem wielu kolegów o taktykę, praktyczne rady, i co najważniejsze, o trasę. Generalnie sugerowali zdrowy rozsądek, czyli pierwszy dzień spokojnie biec, później próbować walczyć o lepszą pozycję. Od początku nie zgadzałem się. Wiedziałem, że co ambitniejsi polecą ostro i jak tu nadrobić straty? Przecież doskonale wiem, jak się czuję nawet po spokojnych 33km z 1400m przewyższeń i nigdy nie jest to stan błogi, zachęcający do kolejnego treningu o podobnej intensywności. Skoro i tak będę cierpiał, skoro inni również będą cierpieli, trzeba postawić wszystkie żetony na regenerację i jakoś to przeżyć.

Wyprawa w Bieszczady była nie lada wyzwaniem. Brat z żoną Aldoną i córką Wiką, Piotrek z żoną Eweliną i ciężkim plecakiem foto oraz masa jedzenia, bo wynajęliśmy domek w Polańczyku, na koniec ja z własną małżowiną Agnieszką i niemal czteromiesięczną córą Gabrysią. Aby ogarnąć podróż w rozsądnych ramach czasowych i zdążyć na odprawę, wszyscy musieliśmy zrezygnować z Piątki dla Bartka, tak fajnego święta w towarzystwie rodziny biegowej. Wracając do regeneracji i góry jedzenia, wspólnie ustaliliśmy dietę: po biegu izotoniki, batony białkowe, piwo, stek wołowy z grilla, piwo, jeszcze jedno piwo. Na kolację makaron z imbirem (który brat zapomniał zabrać) i pesto. Śniadanie jak kto lubi przed zawodami. Przed trzecim dniem zrezygnowaliśmy z makaronu (spokojnie, nie z piwa) a w zamian zjedliśmy tradycyjny obiad, czyli ziemniaki, kurczak i warzywka.

zdj_01

(brat nabrał tym zdjęciem Piotrka i Ewelinę. Prawda jest taka, że samochody były załadowane całkiem podobnie)

 

Dzień pierwszy. Witaj przygodo!

Ziewająca rozgrzewka po 4 rano lub (m.in. dla mnie) w nocy. Trasa zaczyna się 6,5km odcinkiem asfaltowo-szutrowym ze wzniesieniami i spadkami. Wystartowaliśmy z pierwszej linii, ale w miarę zachowawczo. Po kilkuset metrach było przed nami czterech zawodników. Pierwszego doszliśmy dość szybko, trzech mieliśmy w zasięgu wzroku. Jest całkiem przyjemnie, tempo odcinka wyszło 4:23min/km. To tyle, jeśli chodzi o intuicyjną trasę. Widziałem w którym miejscu skręcił na szlak zawodnik przede mną. Piotrek, który odłączył się ciut wcześniej, pobiegł za mną, ale Darek już się gubił. Musiał z innymi stanąć, rozejrzeć się i zaryzykować. Brzmi niegroźnie? Dodam więc, że ekipa City Trail Team, którzy zajęli drugie miejsce open w Biegu Rzeźnika, dokładnie w tym miejscu przegapili trasę i dostali karę 30min, która zrzuciła ich na drugą pozycję, a nie biegli tu pierwszy raz. Jeden biegacz, który wypruł na starcie, właśnie słabł i łatwo dał się wchłonąć. Brat opowiadał później, że gdy on go wyprzedzał, nasz sprinter wyjął aparat i udawał fotografa przyrody. Musi mieć wyjątkowe oko, bo szutrowa i krzaczasta okolica jest raczej skąpa w urodę. Zaczął się las, podejścia, strumyczki, wąskie i grząskie ścieżki. Uroda zaczęła się odsłaniać od Jeziorek Duszatyńskich. Boże, jak ja uwielbiam biegać w przyrodzie! Musiałem często patrzeć pod nogi, a szkoda. Każde luźne spojrzenie kierowałem na cudownie, kolorowe i zaparowane oczka wodne. Dalej już ostro pod górę. Wciąż widzę Jacka (który) Biega Running Team, jest na drugiej pozycji i ten fakt mnie przeraża. Brat poświęcił całe popołudnie na prześwietlenie rywali i ocenę szans. Wiecie, że w Internecie wszystko się znajdzie. Po zapoznaniu się z badaniami uznaliśmy, że pierwsza trójka jest z góry obsadzona, ale powalczymy o pierwszą 7, na pewno 10. Jestem trzeci, czyli coś jest nie halo. Jacek zaczął odchodzić i znikać z zasięgu wzroku. Ignaca (pierwszego) nie widziałem od dawna. Gość jest tak mocny, że szans na dogonienie absolutnie brak. Chłopak pochodzi z Ustrzyk Dolnych, a zaczął biegać w Anglii na płaskim lotnisku. Dziś robi maraton w 2:36, ma 25 lat i dopiero się rozpędza. Szlak prowadził podbiegami i zbiegami, konarami i kamykami, łąkami i drzewami, zza których przebijają się przez mgłę ciepłe strumienie wschodzącego słońca. Przepiękny las podobny do naszych Gór Świętokrzyskich, ale z bardziej stromymi i dłuższymi podejściami. Na Przełęczy Żebrak dowiedziałem się, że do Ignaca mam 7 a do Jacka 2 minuty. Kurcze, no super, tylko jaki czas ma Piotrek za mną? Pewnie zaraz mnie dogoni i zapłacę za spalenie startu. A po nim zaczną mnie inni wyprzedzać i z podkulonym ogonem wrócę do chatki w Polańczyku. Ta myśl mobilizowała mnie do szybszych zbiegów i energicznych podejść. Kryzysy pojawiały się po 22km. Słońce dawało się we znaki, podejścia zabierały siły, powoli drętwiały mi łydki. Na 27km wybryki leśników (pozdrawiam Paweł K.) zrobiły wielkie zamieszanie. Ignac i Jacek doskonale znali trasę, poza nimi może jeszcze kilka osób. Wspólnie z resztą gubiliśmy się w tym miejscu. Otóż przez szlak przechodziła droga techniczna po wycince drzew, która pechowo kierowała się w dół stromego zbocza niemal na wprost szlaku. Po 150m zorientowałem się, że nie ma oznaczeń, coś czułem, że jest nie tak. Wpadłem w panikę: cały wysiłek na darmo, dogonią mnie! Jak ze struny wskoczyłem z powrotem do góry, wszedłem na drugi brzeg drogi technicznej i tam ujrzałem pod kątem ostro w dół wąską ścieżkę z oznaczeniem szlaku. Szybciutko zbiegłem, aby nikt mnie nie zauważył. A niech inni również tracą cenny czas! I faktycznie się gubili. Najbardziej poszkodowany jest Piotrek, którego złapał Andrzej (zawodnik ukończył pierwszy etap oraz w klasyfikacji generalnej na czwartym miejscu) tuż po zawróceniu i wyprzedził go na zbiegu. Później dowiedzieliśmy się, że turyści dzwonili do PTTK i żalili się na tę sytuację. Organizator zabezpieczył to miejsce przed startem Rzeźnika. Dalej już zbieg pod wyciągiem narciarskim. Sucho było, więc bez problemów pokonałem ten bardzo stromy odcinek. Ostatnie 2km na asfalcie walczyłem ze skurczami łydek. Wyginałem palce stóp, kulałem, medytowałem, obiecywałem sobie ostatni raz i takie tam metody mobilizujące u biegaczy. Kombinowałem, aby tylko ukończyć. Mniejsza o czas i miejsce, byle do mety. No i ukończyłem na trzecim miejscu z czasem 3:06:46 i tempem średnim 5:52min/km. Koledzy (zajęli 8 miejsce open w tegorocznej edycji Rzeźnika) sugerowali optymalnie 6:20-6:30.

zdj_02

na mecie pierwszego etapu, od prawej Ignac, Jacek

Dzień drugi. Tego dnia zaczęło się ściganie na serio.

Po kolacji wzięliśmy się za analizowanie sytuacji i planowanie następnego startu. Chłopaki postanowili sprawdzić kondycję wyprzedzających ich dwóch rywali. Jeśli zdradzą oznaki słabości, będą atakować. W przeciwnym wypadku biegną tempem w miarę komfortowym na swobodne utrzymanie pozycji. Też bym tak zrobił. Jeśli chodzi o mnie, nie miałem ambicji gonić Jacka. Dobrze wiem, że jest o wiele lepszy. Martwiłem się owymi dwoma rywalami przed Piotrkiem i Darkiem. To oni będą starali się odebrać mi świetne trzecie miejsce i muszę szykować się na twardą obronę. Snu w zasadzie nie było. Pobudka o 1:30 aby zdążyć do Cisnej na autokar organizatora o 2:30. Mięśnie odrętwiałe, kości skrzypiały, brak entuzjazmu i zmęczenie, wszystko zgodnie z założeniami. Trasa z Ustrzyk Górnych do Smereka zaczyna się 500m ścieżką do ostrego podejścia na Połoninę Caryńską. Trasa liczy sobie 23km i 1400m do góry, czyli tyle samo podbiegów co poprzedniego dnia na dystansie 33km lub powiedzmy pięć razy bieg na Święty Krzyż z Nowej Słupi i z powrotem. Grubo. Sprawy potoczyły się zaskakująco dla mnie, ale po kolei. Chłopaki wystartowali jak na dychę! Ciasnymi ścieżkami jest ciężko wyprzedzać i w biegach górskich tak się dokonują początkowe przetasowania. Pierwszy „ale urwał” nasz sprinter-fotograf przyrody, za nim megaIgnac, dalej Jacek Biega, za nim Andrzej (wczoraj 4 miejsce), ja siadłem mu na ogon, dalej (wczoraj piąty) Mirek, a za nim brat z Piotrkiem. Ledwo zaczęło się podejście, a miłośnik krajobrazów zmienił plany i zaczął szukać aparatu, Ignac frunął przed siebie, Jacek mocno parł z kijami w górę, Andrzej równie zawzięcie podchodził, a ja konsekwentnie siedziałem mu na ogonie. Tyłami nie zaprzątałem sobie głowy. Na 2,5km doszedłem Andrzeja i postanowiłem złamać go psychicznie. Z szerokim uśmiechem powiedziałem mu: to lecimy razem! Zadziałało. Prawda jest taka; ostre podejście i sprint po starcie kosztowały go drogo. Osłabł, już na Caryńskiej wyprzedził go ambitny Mirek. W tym miejscu dodam, że poprzedniego dnia Mirek również się zgubił i miał stratę. Na 3km zaczęła się niewielka półka, nie tylko odszedłem Andrzeja, ale podczas kontynuowania podejścia dogoniłem drugiego Jacka. Chciał mnie przepuścić, odmówiłem. Po co? Namawiał mnie, że może odrobię stratę. Opowiedziałem mu o stracie 2,5min poprzedniego dnia i oznajmiłem, bezpiecznie trzymam się ciebie póki będę mógł.

zdj_03

gonię Jacka

Nie dodałem, że jest bardzo doświadczonym biegaczem i jego tempo prawdopodobnie okaże się za ciężkie dla mnie, więc nie będę szarżował. Wpełzliśmy na górę. Tempo Jacka jednak było za spokojne dla mnie. Wyprzedziłem go i komfortowo biegłem przez kamieniste pagórki Połoniny. Co za widoki! Gdyby nie te kamsztory.. Cudo! Dusza się raduje, nogi niosą, napieram.

4_foto

Połoniny, jak tu patrzeć pod nogi?

Wszystko fajnie do stromego zbiegu do Berehów Górnych. Jako, że ja gorol niżny, po ostrych kamieniach stromo biegać nie umiem. Jacek błyskawicznie dogonił mnie, rozłożył skrzydła i przeleciał obok. Sunął w dół niemal nie dotykając podłoża. Ale gość. Pięknie zbiega! A ja grzebię się z obawą o stan uzębienia. Chłopak wypracował jakieś dwie minuty przewagi. Łał. Przeleciałem przez punkt kontrolny z wodą i żelami nawet nie spoglądając na wolontariuszy. Mirka piiiik na punkcie usłyszałem jakąś minutę po mnie. Kiepsko. Trzeba gonić. Złapałem Jacka w połowie góry, ale było cholernie stromo, ledwo się wspinałem łapiąc obręczy drewnianych. Siadałem powoli. Wszyscy siadali. Dogoniłem mojego Hermesa i trzymałem się za nim. Nawet na łagodnych podejściach mięśnie odmawiały współpracy i starczyło sił na trzymanie się za rywalem. Za Osadzkim Wierchem zaczął się w miarę stromy zbieg. Jacek znów zaczął odchodzić. Postanowiłem zaryzykować i przyspieszyć. Długo to nie trwało. Pierwszy upadek prawym kolanem na kamień i poprawienie lewym udem o tępą, obłą przeszkodę spowodowało lekkie krwawienie ze zdartej skóry i guz na lewym mięśniu czworogłowym. Podskoczyłem i biegnę dalej oceniając szkody. Da się biec. Jakieś 200m i tym razem bok kolana, obita kość strzałkowa, obite obie ręce i znów zdarta skóra.

zdj_05

kamsztory

Obróciłem się, widzę jakąś postać daleko za sobą. Odszedłem Mirkowi na poprzednich podejściach. Trzeba włączyć tryb holowania ciała do mety. Przed ostatnim podejściem zbliżyłem się do Jacka, lecz niedługo zaczęliśmy zbiegać i szybko zniknął z pola widzenia. Odnajdując kompromis w tempie ostrożnym i nie do przesady wolnym ukończyłem drugi etap. Mirek pojawił się 2min. za mną, Andrzej poważnie pogłębił stratę, ale utrzymał 4 pozycję z minutową przewagą nad piątym. Darek i Piotrek, widząc jak się tłuczemy między sobą na początku wyścigu, zrobili swoje i razem wbiegli na metę. Od przekroczenia mety do czasu położenia się spać nie miałem kroku, najmniejszego ruchu, oddechu, który by mnie nie urażał. Stopy spuchnięte, na prawej nodze przy łączeniu z kością strzałkową wyrosło drugie kolano, guz na czworogłowym, zdarte ręce i piszczel. Zrobiłem się nerwowy, a nawet nieznośny podczas omawiania strategii na ostatni dzień. Prosiłem chłopaków, aby nie wyprzedzali mnie, tylko biegli ze mną na wypadek problemu z kolanem. W końcu ich sytuacja jest raczej pewna. Mają bezpieczną przewagę, poza tym łatwiej będzie nie zgubić szlaku. Jeśli tylko będę mógł w miarę biec, muszę dotrzeć możliwie szybko na metę i liczyć, że Mirek i Andrzej nie odrobią strat do mnie. Minuta różnicy między nimi nie wróżyła niczego dobrego. Z pewnością będą rywalizowali między sobą, jednocześnie zagrażając pokiereszowanemu ja. Byle wstać, rozchodzić i coś jakby biec.

Dzień trzeci. Szlak nas trafił.

Usnęliśmy jak dzieci ledwo przyłożywszy głowę do poduszki. Nawet nie przeszkadzali nam pijani gówniarze z domku obok. Budzik łapie za gardło i wyciąga z czarnej bańki. Zsuwam nogi, rzucam okiem. Nie jest źle. Obrzęk rozłożył się na nodze. Stawiam ostrożnie kroki, kuleję, ale nie ma tragedii. O dziwo samopoczucie każdego z nas całkiem, całkiem. To chyba dlatego, że wczoraj nie biegaliśmy dużo, więcej było wspinaczki i zbiegów. Plan jest taki: trasa zaczyna się 6,5km i 100m do góry asfaltu przechodzącego w szuter, następnie 350m podejścia, pagórki i zbieg. Łącznie 21km i 800m podbiegów. Jeśli uda mi się biec, utrzymując mocne tempo początku wejdę na Fereczatą nie gorzej od innych. Tyle moje. Jestem świadomy, że na pagórkach z obitą nogą zacznę tracić przewagę, na zbiegu jeszcze bardziej. Co ma być, to będzie. Tanio skóry nie oddam. Rozgrzewka po 4 w nocy (rano). Wojna nerwów, urywkowo rzucane spojrzenia między mną, Andrzejem i Mirkiem. Do ostatniej chwili nie zdejmowałem spodni dresowych. Nie chciałem, aby zobaczyli szkody. Wczoraj wszyscy moczyliśmy zmęczone nogi w strumieniu i każdy widział, co mi się upadło.

Processed with VSCOcam with s4 preset

Processed with VSCOcam with s4 preset

szkody

Dziś nie mogę pokazać słabości. Porządnie się rozgrzałem jak przed połówką. Czeka nas długi, szybki odcinek, szczególnie ja musiałem rozruszać stawy. Strzał, ruszyliśmy, zgadnijcie kto z przodu? Oczywiście sprinter fotograf, następnie Ignac, w grupce ja, Piotrek, Darek i Andrzej, który postanowił od początku trzymać się mnie i chyba chciał zaufać mojemu tempu. Za nami Jacek, który szybko wyszedł przed grupę o 100m. Mirek czaił się za nami, po 3km wyrównał, wtedy brat z Piotrkiem uznali swoją obecność w grupie za zbędną.

zdj_08

tuż po starcie. Od prawej Darek, Piotrek, za nim Jacek, po lewej Andrzej

Jestem w całkiem ciekawym towarzystwie czwartego i piątego w stawce, poradzę sobie. Mirek szarpnął do przodu, ale na pierwszym krótkim podbiegu wyrównaliśmy, następnie Andrzej zaczął coraz ciężej oddychać i zwolnił. Na 5km zostawiłem Mirka za sobą, złapałem Jacka tuż przed podejściem na Fereczatą.

zdj_09

końcówka Drogi Mirka

W tym miejscu foto-miłośnik bieszczadzkich widoczków próbował złapać oddech. Miałem puścić Jacka przed sobą, ale wiedziałem, że podejście zrobię szybciej i trzeba korzystać póki dobrze idzie. A szło rewelacyjnie. Czułem się doskonale również na szczycie. Płynnie pokonywałem zbiegi, Ketonal wsmarowany w kolano uśmierzył ból. Podziwiałem widoki, zyskiwałem przewagę na podejściach, na zbiegach traciłem, wręcz idealnie. Sprawdzam dystans: 8, 10, 12, kilometry płyną. Dobiegam do rozgałęzienia szlaków. Widzę” Cisna” i „Jasło”. Z mapy i wszystkich informacji wynika, że nasza trasa prowadzi przez Jasło. Jeśli pobiegnę na Cisną, skrócę i zostanę zdyskwalifikowany – myślę. Odwracam się, Jacek z Andrzejem (gdzie się podział Mirek?!) ponad 2min za mną. Lecę na Jasło! Z początku same krzaki, więc nie było miejsca na oznaczenie szlaku. Później zbieg i drzewa, na których co prawda były dwa białe paski, lecz bez czerwonego. Zgubiłem się.

Moje buty mają opatentowany, błyskawiczny system ściągania sznurówek. Na podejściach i szybkich odcinkach wolę mieć trochę luzu, ale podczas zbiegu koniecznie muszą być dobrze ściągnięte. Czuję, jak palce doszły do brzegu i paznokciami obijam o setny, pięćsetny, dwutysięczny kamień. Nie ma sekundy do stracenia! Pogodziłem się ze stratą paznokci u dużych palców, jestem w stanie zapłacić tę cenę. Pruję jak na 5km. Adrenalina totalnie pozbawiła mnie bólu i zmęczenia. Czasami, gdy mięśnie już siadały, uspokajałem się, łapałem oddech i znowu przyspieszałem. Widzę metę i czas na wyświetlaczu. Planowałem poniżej 2godz a jest 2:12:46. Po przekroczeniu belki z pomiarem czasu z szewską elokwencją i rzuceniem moim ukochanym buffem z kieleckiej połówki wyraziłem podziw nad moim byciem gapą. Wszyscy mnie otoczyli, zrobiło się zamieszanie. Nie pamiętam, kto co mówił. Jakaś kamera latała koło mojej głowy. Ludzie pocieszali, uspokajali, poklepywali. Według moich obliczeń nadrobiłem za duży dystans i straciłem miejsce. Nagle podbiega chłopak odpowiedzialny za pomiar czasu i krzyczy: jesteś trzeci, jesteś trzeci!

zdj_10

osiem osób, które jako pierwsze dotarły do mety ostatniego etapu

Nie wiem, jak to się stało. Widocznie Jacek i Andrzej osłabli na końcówce, a ja na adrenalinie straciłem mniej. To by tłumaczyło, dlaczego Andrzej wyprzedził Jacka i dobiegł drugi w tym etapie. A może Jacek widząc, że źle biegnę, próbował mnie zawrócić tracąc swój czas? Zapytam go następnym razem, gdy się zobaczymy. Nie zależało mu na czasie, bo miejsce miał zapewnione. Jeśli sportowiec nie musi wypruwać sobie żyły, szanuje swoje ciało, bo następnym razem może przyjść mu „iść w trupa” o dobry wynik. Długo czekałem na Darka i Piotrka. Oni w tym samym miejscu zgubili trasę, oni również odkryli głęboko ukryte pokłady sił i niebywale szybko jak na trzeci dzień zawodów zbiegli na adrenalinie do mety. Jeszcze dłużej nie meldował się w Cisnej Mirek. Ciekawe, co się z nim stało? Andrzej powiedział, że osłabł na podejściu. Może Mirek miał problem z żołądkiem? Podczas maratonu w Sielpi wyprzedzający mnie zawodnik szarpał bieg i słońce dokonało na nim dzieła zniszczenia. Na 25km zaczął wymiotować, ostatecznie zszedł na 28km wpuszczając mnie na szóste miejsce.

zdj_12

rozdanie nagród

zdj_11

rozdanie nagród

Brat z Piotrkiem niestety spadli o jedno miejsce w generalce, ale los wynagrodził im to; dziś nie boją się ostrego słońca w oczy na Połoninach. Trzech niżnych goroli CKBabcie w pierwszej 8. Każdy z nas zyskał bezcenne doświadczenie, poznaliśmy lepiej swoje ciało i zakochaliśmy się w bieganiu po Bieszczadach. Gdybym nie zgubił się, łączny czas byłby poniżej 8godzin. Jednak w sporcie nie chodzi o gdybanie, a o konkretny wynik, a on prezentuje się 8:09:16. Następnego dnia cały opuchnięty, obolały, w strupach i z zawrotami głowy, gdybym musiał biec kolejny etap, pobiegłbym.

zdj_13

CKBabcie Niżne Gorole, Hej!

 

Author: szuracz

Share This Post On

2 komentarze

  1. Super chłopaki – zdjęcia i relacja i prze de wszystkim Wasz wspólny sukces 🙂 a widoki górskie cudowne :)Serdecznie pozdrawiam 🙂

    Post a Reply

Trackbacks/Pingbacks

  1. Cudowny weekend w Krynicy! - szuranie.pl - […] pod hotelem. W drzwiach Panoramy minąłem się, życząc mu powodzenia, z Bartkiem Olszewskim z warszawskibiegacz.pl, który ostatecznie zajął 2.…

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: