Orlen – 42 km 40 minut szybciej
Maj20

Orlen – 42 km 40 minut szybciej

Poprzedni rok był w moim wykonaniu dramatyczny, nie ma co już się nad tym rozwodzić, bo robiłem to w poprzednim wpisie o warszawskiej połówce. Ten zaczął się lepiej, więcej biegania, waga w dół, udało się urozmaicić treningi. Pojawiły się jakieś szybsze akcenty, podbiegi, siłownia, trochę cardio. Jednak maratonu w planach nie miałem. Co więcej nie miałem żadnych planów biegowych, zero profesjonalizmu:) Co będzie to będzie. Wyszła dyszka w Kielcach z życiówką, później moja czwarta warszawska połówka, też z życiówką i…pojawił się w głowie głupi pomysł (bo przecież na ostatnich kilometrach w zeszłym roku w Paryżu mówiłem sobie, że już nigdy więcej!). Na dwa tygodnie przed startem królewskiego dystansu zapisałem się. Wybrałem najtańszą opcję bez koszulek i innych cudów, zresztą chyba nawet nie było wielkiego wyboru, w sumie to tuż przed imprezą. Jakie miałem plany na te 42 km? Wiedziałem, że bez życiówki nie wracam, a że nie była ona jakaś wyjątkowo wyśrubowana :))) to czułem, że może być dobrze. Dobre dwa starty (jak na mnie) w 2016 roku dawały nadzieję. Życiówka życiówką, ale marzyło mi się zejście poniżej 4 godzin. Tuż po moim pierwszym maratonie ( 4:35:54 w Wiedniu w 2014) usłyszałem teksty, że maraton powyżej 4 godzin to nie maraton, że się nie liczy i takie tam pierdoły. W dupie to miałem oczywiście i totalnie się z tym nie zgadzam, ale gdzieś tam z tyłu głowy zostało. Tylko, że maraton to nie taka popierdółka i nawet nie mam na myśli tutaj samego przebierania nogami. Start rano, odbiór pakietów no i w sumie to trochę kawałek, żeby jechać (mimo, że z Kielc to tylko jakieś 160 km) w niedzielę rano. Spania nie mamy, kasy na hotele też nie za bardzo… Ale po raz kolejny (choć po raz pierwszy w takim temacie) z pomocą przyszła Najlepsza Drużyna Świata – Drużyna Bartka. Na fejsbukowej grupie dwie osoby zaproponowały nocleg u siebie, jedna dodatkowo odezwała się w wiadomości prywatnej. To mega miłe, mocno niezręcznie było odmawiać, ale musiałem (musieliśmy) wybrać. Ostatecznie w cztery osoby wyruszamy w sobotę tuż po pracy (meczu) do Beaty. Droga mija ekspresowo, Dulu śmieje się bez przerwy, świetne towarzystwo, śmichy chichy, momentalnie jesteśmy u…Oli. Ola znana w internetach z Pora na Majora zrobiła nam wielką frajdę i kupiła to i owo na expo przed biegiem. Pakunki odbieramy, żartujemy (?!) o wyjeździe do Rio, a na koniec dowiaduje się, że na kwalifikacje raczej szans nie mam, bo te 2:11 to trzeba zrobić na 42 a nie na 21 km 🙂 Życie traci sens, ale cóż zrobić, zna się lepiej:) Klucząc pod Warszawą po uliczkach o pięknie brzmiących nazwach trafiamy do bazy. Na miejscu spotykamy jeszcze Agnieszkę i w znakomitym towarzystwie...

Read More
Godzina czterdzieści i cztery
Kwi16

Godzina czterdzieści i cztery

11. PZU Półmaraton Warszawski to moja czwarta z rzędu połówka w Warszawie. Pierwsza, ta cztery lata temu, była dla mnie mega wyzwaniem, był to pierwszy mój w życiu półmaraton, a wcześniej najwięcej przebiegłem coś w okolicach 16 km:) Umordowałem się wtedy przeokrutnie, ukończyłem w bólach w 2 godziny i 11 minut… Radochy miałem ogrom, ale sił mnie kosztowało to mnóstwo. No i było wtedy baaardzo zimno. Bardzo bardzo! Tu o tym pisałem, o –> TUTAJ W tym roku było trochę inaczej, nie przygotowywałem się jakoś specjalnie do tego biegu, w sumie to nawet jakoś dużo wcześniej o nim nie myślałem. Zapisałem się jakieś dwa tygodnie przed z myślą jakoś to będzie:) Gdzieś tam z tyłu głowy kołatała mi myśl o tym, że będę w stanie pobiec te 21 km w jakiś ludzki sposób, a może nawet złamać mój rekord ustanowiony ponad rok temu w Krakowie. Wynik na takim moim szuraczym poziomie (1:52). Po kiepskim poprzednim roku, w tym, 2016 jakoś tak przypadkowo szura mi się trochę lepiej. Pewnie to zasługa tych 12 czy nawet 13 kg mniej na wadze w porównaniu z grudniem 2015:) Oprócz tego, że przyłożyłem się troszkę bardziej do szurania, to jednak te kilogramy bardzo dużo mi to wszystko ułatwiły. Fajna (dla mnie, dla wielu z Was pewnie nie:) życiówka na 10 km w lutym (47:33) i teraz czułem, że może być kolejna okazja. Do Warszawy ruszyliśmy o godzinie, o której myślałem, że w ogóle nie istnieje… No bo jak tu wstawać przed 5:00, tym bardziej, że dzień wcześniej „świętowałem” nasze zwycięstwo na stadionie w Niecieczy. Dobrze, że w miarę blisko do Kielc. Pełny FlorkoBUS zwiastował, że na pewno nie będzie nudno. Droga upłynęła na rozmowach o klasycznej dupie Maryni, tylko Patryk przysypiał… W Warszawie dzięki tytułowej bohaterce wspomnianego busa odbieraliśmy pakiety od dobrego człowieka, który jakieś 20 sztuk odebrał nam dzień wcześniej. Pobranie wielkich białych worów umówione zostało w…Hotelu Mariot. Nie mogłem tego zmarnować i zamiast klasycznego, niebieskiego, luksusowego „toj toja” w strefie startu skorzystałem ze złotych klamek, mięciuchnych ręczników i  pachnących papierów do…wiecie czego w mariotowym kiblu. Klasa! Jak król świata! 🙂 Parkowisko znaleźliśmy przy hali Torwar, stąd kawałek drogi do startu. Niestety trochę spóźnieni nie wyrabiamy się na wspólną fotę najlepszej Drużyny świata, czyli wariatów biegających w koszulkach „Biegnę, żeby Bartek mógł biegać”. Nie dość, że się z nimi nie spotykam to za chwilę gubię tych z którymi przyszedłem. No cóż, będzie klasyczna „samotność maratończyka”, choć dookoła 13 tysięcy innych osób:) Kręcę się trochę w kółko zastanawiając się w której strefie stanąć. Marzy mi się złamanie 1:50, dobra idę do zajęcy z takimi chorągiewkami na plecach. Stoję pięć minut. Eeee, nie… ide do 1:45. I...

Read More
ULTRAŚledź
Mar23

ULTRAŚledź

Pewnej grudniowej nocy złe myśli ogarnęły moją głowę, a dusza jakby sparciała. Postanowiłam umrzeć. Przy życiu trzymało mnie jednak to, że zawsze chciałam zostać ultrasem. Biegam  – nie częściej niż raz w tygodniu po niecałe 10 km, czyli bardziej 8. Wyemancypowałam więc, że polegnę w walce o tytuł ultrasa. Zaczęłam szukać ultra biegów w necie. To była chwila. Miłość od pierwszego wejrzenia – ULTRAŚLEDŹ. Pasowało wszystko – nazwa, która mnie wyraża, miejsce biegu – tajemnicze i jak dotąd przeze mnie nie odkryte i kilometraż. 80 km po Puszczy Knyszyńskiej – dlaczego nie? Zapisałam się w minutę i od tej pory każdego dnia chociaż raz powtarzałam sobie – ROZWALE TO !!! Czułam od początku dobre wibracje  płynące  z tej imprezy –  organizatorzy lansowali ten bieg w niewymuszony sposób. Bez zbędnego nadęcia i dorabiania ideologii i mistycyzmu – bo ja niestety jak biegnę to nie medytuje – a może wszystko przede mną?;). Zapisało się trochę ponad stu biegaczy – chyba niewiele, ale limit był 150 – bo to pierwsza edycja. Często odwiedzałam profil facebookowy, śledząc;) przygotowania. Miałam trzy miesiące na przygotowanie. Na to żeby zrobić coś, aby mniej bolało. Treningów biegowych  jednak wszczęłam. Dalej raz w tygodniu.  Dalej 8 km i to Gallowayem;). Ale przebiegłam też nocna dychę naszą lubelska w stroju księżniczki biedronki. Uważam ze dużo pomogły  mi kettle – bardzo mi pasuje machanie żeliwnym czajniczkiem. Są minusy – odciski na dłoniach  mam jak  chłop od pługa oderwany. Moje  ręce  pasują więć  do stóp z wybrakowanymi paznokciami. Czyli jednak plus – jakaś konsekwencja w wyglądzie członków. 12 lutego wraz z Koleżanką Jowitą ( wyjątkowo ładna brunetka, szuka męża  – można do mnie pisać w tej sprawie) ruszyłyśmy ku śledziowej przygodzie. Niezawodnym VOLVERONEM  850 – granatową ultra strzałą pognałyśmy do Radzynia Podlaskiego, gdzie poprowadziłam  warsztaty bębniarskie w przedszkolu. Kiedyś  poprosiła mnie o to dziewczynka w Lublinie – żebym odwiedziła jej przedszkole w Radzyniu.  Myślała, ze odmówie;). Podroż do Supraśla na Ultra debiut okazała się okazją do odwiedzin i zrobienia tego za co biorę na co dzień ciężki hajs 😉 zupełnie dla satysfakcji i radochy. Dzieciaki miały frajdę, a paniom opiekunkom opowiadałyśmy o Ultra Śledziu.  Dostałam w podziękowaniu od dzieci i pań notesik hand made, gdzie była dedykacja z życzeniami powodzenia w biegu. Potem kierunek Supraśl ! Podczas trasy spożywałyśmy  dużo batonów, i bombonierki. Jowita próbowała mnie przestraszyć trudnymi pytaniami . Czy wiem ze 80 km to dwa maratony? Czy naprawdę zamierzam to  przebiec? Niestety nie skłoniła mnie do refleksji. Mimo nieprzygotowania nie czułam żadnego strachu przed biegiem. Nic ! Tylko zdrowe podniecenie. Moja taktyka była skrajnie prosta  – 40 km na sto procent a potem przyspieszać ! A tak poważnie to...

Read More
Dyszka na minusie!
Mar15

Dyszka na minusie!

4 lata temu wymyśliłem swoje szuranie, ponieważ niebezpiecznie zbliżałem się do trzycyfrowej liczby, którą obserwowałem od czasu do czasu na wadze. Jako, że moje bieganie to szuranie, często mocno nieregularne, przeplatane kontuzjami większymi lub mniejszymi, letnim niechciejstwem, lenistwem pomaratonowym i ogólnym takim nijactwem to z tą wagą było różnie. Różnie było też przede wszystkim dlatego, że bieganie – bieganiem, a słoiki z majonezem i butelki coca-coli opróżniane były w trybie mocno przyspieszonym. W dniach tzw. roboczych (choć u mnie w sumie tylko takie) często pierwszy posiłek pojawiał się w okolicach godziny 17:00, i nie była to sałatka z rukoli, czy ciemne pieczywo. Parówy, fastfoody i inne gównożarcie na szybko. Od czasu do czasu jakiaś jadłodajnia i to też prędzej z frytkami niż z ryżem:) Rok 2015 był w moim wykonaniu najgorszym rokiem biegowym odkąd ruszyłem grube dupsko do szurania. Nie licząc mega wydarzenia jakim dla mnie był maraton w Paryżu to później była dupa wielka, dosłownie. Ciężko mi było zmotywować się do czegokolwiek po 42 km we Francji, nie licząc Półmaratonu w Radomiu w którym zającowałem na 2:15 :), to już chyba nic poważnego nie zaliczyłem. Dodatkowo jak to zwykle bardzo słabo mi się zmobilizować jak jest więcej niż 20 stopni na termometrze.  Do tego wszystko doszła poważna przeprowadzka, koniec budowy no i klops. Dzieci do szkoły, wszyscy na maratonach czy przynajmniej połówkach, a ja w lesie, i to też dosłownie bo nowa chata wuja jonia pod lasem stoi:) Czyli nic się nie działo, brzuch rósł, tętno na zwykłym szuraniu szalało, a waga znowu w górę. 2015 rok był (nie licząc maratonu) rokiem w którym nie padła żadna życiówka, a przecież one wcale wygórowane nie są. Przyszedł listopad, miesiąc w którym miałem (tak przynajmniej myślałem rok temu) próbować bić życiówkę na 10 km w Warszawie na Biegu Niepodległości. Trasa łatwa, prosto, można lecieć. Marzyło mi się zawsze, aby mieć „czwórkę” z przodu, tak chociażby 49:59. Było by super. Ale…nawet nie wystartowałem. Grudzień. Znalazłem w Kielcach „coś”, które wydawało mi się będzie wybawieniem jeśli chodzi o walkę ze zbędnymi kilogramami. Pudełka! Fresh Diet! – Codzienne jedzenie, dowożone rano pod drzwi, pięć posiłków o określonej kaloryczności. Chciałem spróbować… Widziałem, że przy takim bieganiu (szuraniu) jakie ja stosuje, ciężko tymi kilkudziesięcioma kilometrami miesięcznie i śmieciowym żarciem pozbyć się zbędnych kilogramów, jednocześnie jedząc tyle lat tak, a nie inaczej obawiałem się jak to będzie. 1 grudnia waga pokazywała 99,1 kg… Początki były straszne. Robiłem dobrą minę, ale…większość jedzenia jest zielona, nigdzie nie ma majonezu, sporo rzeczy nazywa się tak, że nie wiedziałem nawet, że to się je. No i te kasze… Największy mój dramat z przedszkola:) Kasza. Masakra. Dodatkowo odpuściłem zupełnie cocacolę. Nie...

Read More
Dajemy się oszukiwać?
Lis19

Dajemy się oszukiwać?

Tekst, który przeczytacie za moment „chodził” za mną już od jakiegoś czasu, ale ostatnia informacja o wykryciu dopingu u biegacza z Ukrainy który zajął trzecie miejsce w PKO Poznań Maraton przechyliła szalę na stronę „napisać”. Podejrzewam, że to co przeczytacie poniżej wielu z Was się nie spodoba, być może będziecie nawet oburzeni. Trudno. Zastanawiam się od jakiegoś czasu jaki sens mają występy zawodników ogólnie mówiąc „zza granicy” na biegach w naszym kraju. I nie piszę tutaj o zawodnikach gdzieś tam spoza pierwszej dziesiątki czy dwudziestki, lub takich z uznanymi nazwiskami czy takich zwykłych szuraczy. Na myśli mam tabuny biegaczy wożonych przez menadżerów z miasta do miasta tylko i wyłącznie w jednym celu. Zastanawiam się co takiego ciekawego widzą organizatorzy biegów w startach takich zawodników na biegach organizowanych przez nich. Zastanawiam się dlaczego nadal zdarzają się sytuacje w których organizatorzy opłacają starty zawodnikom zza granicy nie rzadko płacąc im nawet tzw. startowe. Zastanawiam się jak muszą czuć się zawodnicy z małej miejscowości w województwie świętokrzyskim gdzie na największy bieg (10 km) w roku przejeżdża dwóch Kenijczyków i czterech Ukraińców i tylko dzięki temu, że mieszkańcem tego miasta jest znakomity biegacz to przedziela ich delikatnie zajmując ostatecznie szóste miejsce wyprzedzając następnego Polaka o minutę. Na tym samym biegu biegnie też kilka kobiet zza wschodniej granicy zgarniając wszystkie nagrody jakie przewidział organizator. Nagrody stosunkowo marne (700 zł za miejsce pierwsze), ale widać nie na tyle marne, aby nie opłacało się menadżerom wieźć tu zawodników. Zastanawiam się jak się czują organizatorzy blisko dwudziestu zawodów w Polsce w których biegł wspomniany wyżej koksujący się Ukrainiec, który w tych biegach zarobił blisko 42.000 zł (CZTERDZIEŚCI DWA TYSIĄCE ZŁOTYCH – tylko w 2015 roku, dane za stroną: www.arrs.net ) Zastanawiam się jak się czują organizatorzy półmaratonu w Poznaniu, którzy wprowadzając zapis o obowiązkowej kontroli antydopingowej w 2015 roku spowodowali, że w tym roku pierwszym obcokrajowcem na mecie był Włoch na miejscu 52. podczas gdy rok wcześniej pierwsze cztery miejsca zajęli biegacze z Kenii z czasami o ponad 5 minut lepszymi niż tegoroczny zwycięzca. Polak! A nagrody nadal wysokie, kilka tysięcy złotych za miejsce pierwsze. Przypadek? Zastanawiam się dlaczego tak jest, że na każdym większym maratonie w Polsce wygrywają Kenijczycy, a w Poznaniu nie… Dla przykładu w Dębnie pierwszy Polak na 14. miejscu, w OWM pomijając Henryka Szosta (9. miejsce) to następny biegacz z POL przy nazwisku był też na 14. miejscu. W Maratonie Warszawskim pierwszy Polak na 9. We Wrocławiu na 6. W Poznaniu wygrywają Polacy, czy tylko dlatego, że organizator nie tylko wpisuje do regulaminu punt dotyczący kontroli antydopingowej ale i rzeczywiście ją przeprowadza? Eeee pewnie nie, to też pewnie tylko przypadek. Zastanawiam się dlaczego organizatorzy biegów, których...

Read More